Błękitny płomień, czyli test Burn Blue
1 vote, 4.00 avg. rating (80% score)

Ok, każdy kto mnie zna, wie, że nie lubię mieć kofeinowej deprywacji. Ale też nie jestem jakimś wielkim maniakiem i fanem kawy, zatem często korzystam z usług napojów gazowanych. Moje największe guilty pleasure czyli Coca-Cola niestety nie zawsze wystarczy by z szeroko otwartymi oczyma siedzieć całą noc nad jakimś zleceniem. I tu pojawiają się energetyki, a z nimi mam jednak mały problem. Tenże problem zawiera się w prostym stwierdzeniu: pieprzone landryny.

Kiedyś z kolegą ukuliśmy taki podział. Energetyki w Polsce dzielą się na Landryny, Burna z Sokiem i Herbapol. Bo, moi drodzy – to jest temat na osobną notkę – nie ma żadnej różnicy między Red Bull za jakieś 6 zeta, a Kickerem za 1,89. Poza, oczywiście, nazwą. Dlatego zawsze z radością witam energetyki o smaku innym niż jakiś tam octan etylu 😛

Burn z sokiem był dobrą rzeczą, ale najwyraźniej producent doszedł do wniosku, że czas dalej gonić za rynkiem – i tak pojawia się Blue. Swoją drogą, ostatnio piłem Rockstara jagodowego – niby fajna sprawa, ale tam się trochę położyli. Półlitrowa puszka jest ok, jak się jedzie na granie do Cenegi, tyle, że trzeba to wypić za jednym posiedzeniem. Jest też Green-Up z porzeczką (dość mocno cierpkawy). No i z głupia frant kupiłem Burna.

Burn Blue ma tylko jedną wadę i widzicie ją na zdjęciu. 😉

Generalnie w przemyśle spożywczym działa jedna zasada – nie robi się żywności w kolorze niebieskim, bo ludzie nie będą chcieli kupować/spożywać. O ile z Burnem jest tak, że świadomie kupujemy produkt chemiczny ;), to i tak potwornie creepy jest przelanie energetyka z matowej butelki do szklanki. To znaczy – pewnie to jest jedyny raz kiedy widzicie Burna poza butelką, moje poglądowe zdjątko. Ale i tak, o ile ten barwnik błękitu brylantowego (serio! ;)) jest niepokojący, w smaku – poezja.

Ze składu widzę, że aromaty i soki porzeczkowy oraz z marchwi. Szczerze mówiąc, nie czuję za specjalnie tego pierwszego – raczej łagodna jagódka. Właśnie to jest zresztą największa zaleta tego nowego Burna – nie wali po ryju intensywnym smakiem. W sensie – ani landryną ani np. mocnym cytrusem. Przyznaję się bez bicia, że pół literka smakowałem jakby to był jakiś towar exclusive, a nie paliwo rakietowe za ~4 zeta. Kofeinowo to standard, 32/100. Czyli niby bez rewelacji ale po półlitrowej butelce już mamy lekkiego kopniaka.

Jak pijacie energetyki, musicie spróbować, świetna sprawa. Możecie mi wierzyć – piłem chyba większość dostępnych na rynku energetyków, w tym oczywiście wszystkie inne smaki niż „babciny cukierek” 😉 i ten nowy Burn Blue zdecydowanie wlazł na czoło mojego prywatnego zestawienia. Oby tylko utrzymał się na rynku, bo za dobry jest, żeby od razu zniknąć.

Swoją drogą, muszę kiedyś napisać o Yerbie. Piłem zanim była lansiarska, jak wszyscy się nią jarali to przestałem, teraz powoli wracam. A Yerba to najlepszy flow do siedzenia 24h przed dokumentem „łerda”. 😉