Ginger beef (???), niby chińskie ale globalne

 Najzabawniejszą rzeczą w tzw. ginger beef czyli wołowinie z imbirem jest to, że choć powstała w Chinach, aktualnie – obok poutine i wszelakich pierogów – uznawana jest za niemal danie narodowe Kanadyjczyków. Nikt już nie traktowałby poważnie jakiegoś Chińczka, który chciałby udowodnić jakiej proweniencji jest ta potrawa. Ale nie szkodzi! Jest to żarełko wybitnie proste, choć równie łatwo jest je zepsuć, jeśli nie przypilnujemy naszej patelni lub woka. Imbirowa wołowina nadaje się zarówno na wieczorek z tysiącem miseczek, jak też i samodzielne danie, np. z ryżem i jakąś surówką. Ma także wiele odmian – i z warzywami, zanurzana w cieniutkim cieście, bardziej na sucho, z dużą ilością sosu, etc. etc. Tu prezentuję najprostszą, bez warzywnych dodatków i sosu (na occie jabłkowym), bardziej jako „pogryzadło” niż osobne danie. Ostatnio robiłem ją w ramach tzw. wieczoru bluźnierców, o którym opowiem wam już niebawem (opowiem opowiem w sensie realnym, bo albo tylko z użyciem głosu, albo wideo – tylko jeszcze nie mogę się zdecydować ;)). Było tam trochę innych rzeczy, dlatego tu miseczka jest z samym mięsem. Podaję zatem przepis na samą wołowinę, bo kluczem jak zawsze jest odpowiednia marynata. Dalej…

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...