Jak obchodzić się z papryką i nie zwariować

 Będzie krótko, w żołnierskich słowach (chyba…). Kilka porad dla kawalerzysty, który postanowi zachwycić znajomych albo czymś z okolic kuchni węgierskiej, albo po prostu pragnie zająć się paprykami. Wydawałoby się, rzecz prosta. Nie do końca jednak, bo na nierozważnego adepta paprykowej kuchni czeka kilka niebezpieczeństw. No dobrze – właściwie to tylko cztery, stąd szybciutkie przykazania i sposoby na poradzenie sobie z tymi problemami. Dalej…

Überfusion tortilla z plot twistem

 Plot twist pojawia się od razu. W tej tortilli, na którą przepis zaraz przeczytacie, nie ma nic dziwnego poza moim chwilowym obłędem kulinarnym. Czego tu nie ma – za sos robi coś a la tzatziki, farsz to kurczak w fajnej marynacie, papryka, pieczarki i cebule. Do tego jajko na twardo pokrojone „ósemki” i żółty ser. Ale nie o to chodzi. Ten wpis to takie preludium do megapoważnego tematu, którym zajmę się w jednej z następnych not. W skrócie: samowystarczalność. To przerażające (ale i fascynujące zarazem) jak kurewsko drogie są pszenne tortille w sklepie (od 8 do nawet 20 zł za 5-6 placków), a jak łatwo je wykonać. Także możecie spokojnie olać farsz, ale jeśli tylko macie patelnię z nie zdartym jeszcze teflonem, gorąco namawiam was do robienia własnych tortilli. Zajmuje to czasu tyle co nic, kosztuje 10x mniej, zaś radość – niewymierzalna i bezcenna. Zapraszam! Dalej…

Involtini di peperoni gri… rany boskie, papryka grillowana!

 Tytułem wstępu. Inspiracji szukam wszędzie, a najszybciej na internetach. I poza stertą książek kucharskich, na które z reguły ciągle wydaję kolejne ciężko zarobione złotówki lubię też poszukać czegoś na blogach. Te dzielę na dwie kategorie – formy i treści. Blogi formy to te, gdzie mamy megawypas zdjęcia, ale wszystko jest opisane tak, jakbym sięgnął do jednego z tych staromodnych kalendarzy ściennych – bez polotu, taka, nomen omen, rzadka zupka dla starszych pań. Druga kategoria to blogi treści, które często mają standardowy dizajn i szablon, ale gdy czytam przepisy, wiem że ci ludzie faktycznie to ugotowali i wkładają realną pracę w to co robią. I mają pasję.

 

Do takich blogów należy odkryta przeze mnie niedawno „Kuchnia pod Wulkanem”. I to z niej – dwa przepisy, które zrealizowałem wczoraj (za jednym zamachem, ale notki będą dwie! ;)). Na dobry początek grillowane papryki. Dalej…

Stroganow na sterydach

 Boeuf Stroganow to danie z tej smutnej kategorii „wielkich kłótni”, do której należą i żurek i pasta carbonara. Gdzie nie spojrzeć każdy ma jedyną i słuszną wersję Stroganowa, choć nikt nie potrafi dobrze zapisać czy w ogóle imaginować skąd taka a nie inna nazwa. Strogonow, Stroganoff, Strogonoff, no żesz kurde bladź. Do tego bitwy z uporem godnym wyższej sprawy nad tym czy powinny być w środku ogóry kiszone, keczup, a może cebula. Pieczarki czy leśne grzyby. Kosmos jakiś. Zatem – dzisiaj mój osobisty przepis na Stroganowa, a przy okazji chwilka z historią. Dalej…

Leczo „z posagu”

Przyznam się, że do pewnego momentu nie przepadałem za leczem. Trauma z dzieciństwa, kiedy dostałem dość paskudne danie spowodowała, że przez długie lata unikałem tej potrawy jak ognia. Sytuację zmieniła moja wizyta (jeszcze jako kawaler) w domu mej wybranki. (Przyszła) Dalej…

Leczo, a właściwie Lecsó – z mojego punktu widzenia

Nie wiem jaką zasługę w popularyzacji kuchni węgierskiej miał Tadeusz Olszański, autor fenomenalnej książeczki „Nobel dla papryki”, ale pewne jest jedno – leczo na polskich stołach znane jest od lat.  Powstają różne mutacje tej tradycyjnej madziarskiej potrawy i trudno tu mówić o dyskryminacji tej czy innej mutacji ze względu na użycie nieco innych składników. Pięknem kuchni (co opiszę szerzej przy okazji musaki ;)) jest to, że niezależnie od poglądów politycznych, wojen i wszelkiej niefajności generowanej przez Człowieka idzie własnym torem. Leczo tradycyjnie składa się tylko z papryki, pomidorów, wędzonej słoniny i cebuli. Gdy podajemy je „samodzielnie” warto dołożyć kiełbaskę. Popularne leczo w Polsce, czyli to z cukinią, bądź bakłażanami, bez mięsa to danie, które zakręca w stronę ratatuja (nie, nie filmu, takiego warzywnego gulaszu ;)).  Uparłem się ostatnio, że zrobię coś bardziej w stronę tradycji, dlatego teraz – leczo w mojej wersji, zgodnie ze znanym wszystkim przysłowiem „Lengyel, Magyar – két jó barát, együtt harcol, s issza borát”. 😉 Dalej…

Ciasteczka „Zut!”

 Mała glosa, a nawet dwie. Mój dobry kolega z Krakowa zwykł mawiać „ze słodyczy najbardziej lubię salceson i golonkę”. Druga  sprawa to nazwa ciasteczek. Nie wiedziałem jak je nazwać, a że są na wiadomym cieście, to sprawa nagle się rozwiązała. „Zut” to po francusku takie coś w stylu „kurczę”, tzn. lekkie przekleństwo. W I klasie liceum bardzo zaaferowana pani od francuskiego objaśniła Przyszłości Narodu co to słowo znaczy. Przyszłość Narodu jednakże nie była zbyt rozbawiona, głównie dlatego, że wcześniej sikała po korytarzach z niebywale zabawnego faktu pisania na każdej lekcji „Aujourd HUI”, no a przy okazji – każdy już ogarnął sobie „merde”. Po latach stwierdziłem, że trzeba to niecodeniane „zut” jakoś wynieść na piedestał, stąd nazwa. A same ciastka? Hehe… Dalej…

Paprykarz v1.0

 Na początek glosa, ponieważ mimo moich niezliczonych wypasionych czytelników 😉 nie wszyscy zaglądacze kojarzą co to zacz. A paprykarz, czyli tradycyjne danie węgierskie nawet nie leżało obok tego co w Polsce nazywa się paprykarzem od czasu legendarnego peerelowskiego wynalazku z dopiskiem „szczeciński”. Prawdziwy paprykarz składa się z wołowiny bądź cielęciny, wędzonej słoniny, absurdalnej ilości papryk wszelakich oraz czasem pomidorów, ziemniaków i naturalnie klusek.

Mój nie jest tru tradycyjny, ale testowany dzisiaj był na przyjaciółce, która często kontestuje moje gotowanie ;), wychowana jest na kuchni madziarskiej i chciała dokładkę – zatem możecie śmiało robić u siebie i zachwycić znajomych. Dalej…

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...