Leczo, a właściwie Lecsó – z mojego punktu widzenia

Nie wiem jaką zasługę w popularyzacji kuchni węgierskiej miał Tadeusz Olszański, autor fenomenalnej książeczki „Nobel dla papryki”, ale pewne jest jedno – leczo na polskich stołach znane jest od lat.  Powstają różne mutacje tej tradycyjnej madziarskiej potrawy i trudno tu mówić o dyskryminacji tej czy innej mutacji ze względu na użycie nieco innych składników. Pięknem kuchni (co opiszę szerzej przy okazji musaki ;)) jest to, że niezależnie od poglądów politycznych, wojen i wszelkiej niefajności generowanej przez Człowieka idzie własnym torem. Leczo tradycyjnie składa się tylko z papryki, pomidorów, wędzonej słoniny i cebuli. Gdy podajemy je „samodzielnie” warto dołożyć kiełbaskę. Popularne leczo w Polsce, czyli to z cukinią, bądź bakłażanami, bez mięsa to danie, które zakręca w stronę ratatuja (nie, nie filmu, takiego warzywnego gulaszu ;)).  Uparłem się ostatnio, że zrobię coś bardziej w stronę tradycji, dlatego teraz – leczo w mojej wersji, zgodnie ze znanym wszystkim przysłowiem „Lengyel, Magyar – két jó barát, együtt harcol, s issza borát”. 😉 Dalej…

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...