Negi Chikin – czyli por z kurczakiem

Nie uwierzę, że nikt oprócz mnie – lubiący zupy czy nie – nie pamięta odwiecznej zgrozy: PORA W ZUPIE. Długich, wstrętnych nitek, które trzeba było wygrzebywać i pomniejszych związanych z tym jedzeniowych tortur. Z drugiej strony za tego młodszego młodu byłem straszliwie wybrednym niejadkiem, więc może tylko mi to przeszkadzało. Dalej…

Biryani lekko płonie

 Strasznie polubiłem kuchnię indyjską. Może to dlatego, że nie jest europejska, w sensie – nie ma zestawu przykazów, nakazów, tego nie wolno, tamto musisz itp. O ile w Europie generalnie panuje ceremonializm, o tyle Indie to taka nebula, albo raczej rzeka – płyniesz, gdzie zaniesie. Gdy tylko się człowiek nauczy podstaw (czyli np. prażenia, robienia różnych mieszanek itp.), nagle okazuje się że otwiera się przed nami świat przypraw taki, że aż się smutno robi, jak wracamy do Europy.;) Nie bez powodu ludzie się mordowali po to, by przepuszczać przez palce zagraniczne „spajsy”. Jako pierwszą rzecz co prawda nie wybierałem czegoś, co u indyjskich wirtuozów składa się z 200 smaków, ale dość prostą wersję biryani, taką bardziej ostrzejszą niż łagodną. Jak się niestety okazało – za ostrą dla testerki (zatem większość zjadłem sam ^^”). Dalej…

Kurczak miodowo-musztardowy

 To jest rzecz dość prosta, a uwielbiana przez Keirę. Ostatnim razem żarliśmy to u kolegi na wspólnym gotowaniu, powtórzyłem, bo domagał się lud. Kurczak miodowo-musztardowy tym razem z ryżem, nie zapiekanką ziemniaczaną. Nawet kawalerzysta będzie w stanie to wykombinować. Dalej…

Nieznośna lekkość kuciaka

 Nieznośna lekkość kuciaka to kwintesencja kuchni NaWinie. I proszę się nie zrażać tym dość kontrowersyjnym zdjęciem. Kuciak to dokładnie ten moment, kiedy masz coś tam w lodówce, parę otwartych torebek z przyprawami, no i trzeba zjeść porządny obiad. Ten kuciak to znowu taki lekki nie był, i obiad też nie powstał w 10 minut, ale generalnie nie chodzi o szybko, a o dobrze.  No, ale dość już gadania, do roboty! Dalej…

Okonomikey (nie pytajcie…)

 Poniższy przepis nie jest moim autorstwem, a niejakiego Wolanda, który ma gościnny występ na Kuchni Cynicznej. Zapraszam!

Są takie chwile w życiu dźwiedzi, że chodzi za nimi pomysł na nowe danie. Niestety, w naszej ubogiej Europie Bliskowschodniej mamy notoryczne problemy zaopatrzeniowe i nie możemy np. kupić katsuobushi, czyli uwędzonego do konsystencji deski tuńczyka – co i tak nie powstrzymało mnie przed przygotowaniem czegoś mającego w zamierzeniu być tradycyjnym okonomiyaki, w wersji z regionu Kansai. Może bez struganego tuńczyka, ale z całą resztą. Dalej…

Danie chińskawe, czyli światłowód z rozmaitościami

Na początek anegdotka. Ponieważ szykuję się na zrobienie (wreszcie!) jakichś studiów i jakoś tak wyszło, że trzeba będzie próbować do Poznania na Sinologię, to i pomyślałem sobie, że się doszkolę (gdyby jednak była rozmowa) z dwóch rzeczy, o które chciałbym żeby pytali: filozofii i kuchni. Z pierwszą łatwo, bo kiedyś studiowałem, a druga… O, tu robi się ciekawie. Otóż mam aktualnie „na tapecie” starą komunistyczną książkę o kuchni chińskiej gdzie pani wyjaśnia plebsowi m.in. że „kalmar to zwierzątko morskie”. Zabawnie czyta się rzecz z czasów kiedy nie kalmary a srajtaśma była dobrem luksusowym. Ale ad rem – otóż pani rzeczona wspomina tam o czymś co się wg niej nazywa „glutasól”, czyli glutaminian sodu ekstrahowany z białek zboża, kukurydzy czy soi. Z radością wspomina, że wynaleziono metodę syntetyzowania glutaminianu sodu, co sprawi że będzie tańszy. O tempora! Gdyby kobieta wiedziała co się będzie działo kilkadziesiąt lat później! No i teraz moi drodzy, to między bajki można włożyć te legendy o Chińczykach (?!) ze Stadionu X-Lecia, którzy jak robili dla swoich to nie sypali glutaminianu… To jest integralny element tej kuchni. Dalej…

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...