Danie chińskawe, czyli światłowód z rozmaitościami

Na początek anegdotka. Ponieważ szykuję się na zrobienie (wreszcie!) jakichś studiów i jakoś tak wyszło, że trzeba będzie próbować do Poznania na Sinologię, to i pomyślałem sobie, że się doszkolę (gdyby jednak była rozmowa) z dwóch rzeczy, o które chciałbym żeby pytali: filozofii i kuchni. Z pierwszą łatwo, bo kiedyś studiowałem, a druga… O, tu robi się ciekawie. Otóż mam aktualnie „na tapecie” starą komunistyczną książkę o kuchni chińskiej gdzie pani wyjaśnia plebsowi m.in. że „kalmar to zwierzątko morskie”. Zabawnie czyta się rzecz z czasów kiedy nie kalmary a srajtaśma była dobrem luksusowym. Ale ad rem – otóż pani rzeczona wspomina tam o czymś co się wg niej nazywa „glutasól”, czyli glutaminian sodu ekstrahowany z białek zboża, kukurydzy czy soi. Z radością wspomina, że wynaleziono metodę syntetyzowania glutaminianu sodu, co sprawi że będzie tańszy. O tempora! Gdyby kobieta wiedziała co się będzie działo kilkadziesiąt lat później! No i teraz moi drodzy, to między bajki można włożyć te legendy o Chińczykach (?!) ze Stadionu X-Lecia, którzy jak robili dla swoich to nie sypali glutaminianu… To jest integralny element tej kuchni. Dalej…

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...