Inwokacja wiosny za pomocą naleśników ze szczypiorkiem i mozzarellą

 Wiosna wiosna, coś tam coś tam. Za oknem wiało i padało i śnieg i Smoleńsk. I wiosny coś nie widać, więc trzeba zastosować chociażby i czasowe remedium na ten wyjątkowo słabowity czas. Stąd – naleśniki kompulsywnie smażone. Było ich tak dużo, że jeszcze zrobiłem drugą wersję, porową, ale to jutro wrzucę. Pamiętajcie tylko dzieci drogie – szczypiorek to nie to samo co szczypior. Szok ze stresem. To pierwsze to czosnek szczypiorek, to drugie – nać cebulowa. Jak poznacie różnicę? Nać to grube pędy cebuli, szczypiorek to cieniutkie źdźbła. Prawdziwym, muszę to powiedzieć na głos, skurwysyństwem jest podpisywanie w sklepach jednego i drugiego jako „szczypiorek”. Zrzucam to na karb ignorancji pracowniczej, gdzie parias czyli rozkładacz ma wu igrek jot, a kierowniczka to jakaś smarkula z licencjatem nt. czegokolwiek. To nie jest też tak, że szczypiorek jest super pyszny, a nać cebulowa trująca. Po prostu szczypiorek ma lepszy smak, ale niestety trudniej spotkać go w sklepie. Po co cały ten wywód? Żebyście wiedzieli, jeśli nie wiedzieliście do dzisiaj. I zgadnijcie, która roślina jest na zdjęciu. 😉 No, to teraz do rzeczy, bo naleśniki czekają! Dalej…

Nuggetsy z kuciaka

 A raczej medaliony, bo nuggetsy, nie ukrywajmy, robione są raczej z MOM, niż pełnowartościowej piersi z przerośniętego brojlera… O ile jednak w znanym nam wszystkim sieciówkach kupicie jakieś podejrzane przemielone świństwo, które z weterynaryjnego punktu widzenia nawet nie jest mięsem, tu na pewno nie spotka was zawód. Historia tych nuggetsów sięga moich pierwszych cateringowych zabaw „trzeba zrobić żarcie dla znajomych”. Jak się okazało, żadne tam tarty, wypasione ciastka czy coś. Lud (nie mój Lud, lud ogólne) żądał kurczaka w panierce… Kiedyś prawie spalili mi dom, jak zaproponowałem suflet. No to co zrobić? Dalej…

Wuzetka heretyków

 Tak, na zdjęciu jest jeden z moich kotów, zaraz do tego dojdziemy. Wuzetka to jedno z najbardziej znanych w Polsce ciastek (Lud też je uwielbia). Jak to zwykle z popularnymi produktami bywa, historia Wuzetki ginie w pomroce dziejów. Na Wikipedii i peryferiach ostają się dwie teorie. Albo jest to około PRL-owski zabieg pt. „Wyrób z kremem”, albo nazwa pochodzi od tego, że przy trasie W-Z była kawiarnia, która serwowała ten deser. Tak czy inaczej – udałem się na poszukiwania ciekawych pomysłów, jak można przetworzyć Wuzetkę. No bo błagam – prosty biszkopt na kakao (kakale ;)) jakoś wydawał mi się nudny, a Lud zażyczyła sobie, że nie chce żadnego dżemu czy powideł pomiędzy górną warstwą, a pomadą czy polewą czekoladową. No i w końcu znalazłem, na blogu Anula w kuchni – świetne ciasto, naprawdę wam polecam. Łatwiejsze do zrobienia niż klasyczny biszkopt (nie ma piany etc.), a smakuje bosko, no i jest wiecznie lekko wilgotne, co tylko dodaje wrażeń smakowych.

W tle na zdjęciu jest mój kot, Józek. Tam mam najlepsze światło dzienne rankiem, a koty jak wiadomo uwielbiają leżeć na parapecie. Józek to kot przywieziony z Gliwic, ale zdecydowanie lubi Warszawę i jej wypieki. 😉 Tak, wiem, zdjęcie nie jest najpiękniejsze, ale Józek się uparł, że takie ma być. Dalej…

Jajeczna rakietnica

 Jak wiecie (to raczej z rozmów fejsowych ;)) ostatnio zakochałem się we wszelkich „flatbread”. Dlatego też jak tylko mam okazję, myślę sobie o kolejnych mutacjach żarełka z yufką, naszymi podpłomykami, czy choćby – w sumie ulubioną (bo najbardziej różnorodną) tortillą. Tym razem rzecz śniadaniowa (oszukuję, bo zjadłem na późną kolację ;)). Tortilla z mocno zestaloną jajecznicą, pieczarkami, nieśmiertelnym „pomidor&ogórek” oraz kapką jogurtu. Bardzo odświeża, jak nas czeka nocne pisanie. Dalej…

Tarta późnej wiosny, czyli mozzarella i pomerdołki

 Jestem beznadziejny i to jest fakt. Narobiłem w ciągu ostatnich kilku miesięcy chyba pierdyliard (to tyle co sto pierdylionów) tart dla siebie, rodziny, znajomych i delegacji z Melmaka. A ciągle jakoś, a to zdjęcia nie było, a to mi się nie chciało, a to inne przepisy… Także – wreszcie pierwsza tarta tutaj. I to tarta tarta, a nie tarta quiche, które uparcie nazywa się także tartą… No, to jedźmy z tym koksem. A raczej pomidorami. Dalej…

Überfusion tortilla z plot twistem

 Plot twist pojawia się od razu. W tej tortilli, na którą przepis zaraz przeczytacie, nie ma nic dziwnego poza moim chwilowym obłędem kulinarnym. Czego tu nie ma – za sos robi coś a la tzatziki, farsz to kurczak w fajnej marynacie, papryka, pieczarki i cebule. Do tego jajko na twardo pokrojone „ósemki” i żółty ser. Ale nie o to chodzi. Ten wpis to takie preludium do megapoważnego tematu, którym zajmę się w jednej z następnych not. W skrócie: samowystarczalność. To przerażające (ale i fascynujące zarazem) jak kurewsko drogie są pszenne tortille w sklepie (od 8 do nawet 20 zł za 5-6 placków), a jak łatwo je wykonać. Także możecie spokojnie olać farsz, ale jeśli tylko macie patelnię z nie zdartym jeszcze teflonem, gorąco namawiam was do robienia własnych tortilli. Zajmuje to czasu tyle co nic, kosztuje 10x mniej, zaś radość – niewymierzalna i bezcenna. Zapraszam! Dalej…

Kremówki LGBT

 Haha, tego się (poza moimi fejsowymi znajomymi) nie spodziewaliście? Otóż geneza nazwy, to znaczy – tego „LGBT” jest taka sama jak geneza tzw. kremówek „Papieskich” (tzn. jest to marketingowy spin). Otóż szef Kościoła Rzymskokatolickiego w 1999 roku, na pielgrzymce będąc palnął jakoby uwielbiał kremówki, które podczas matury żarł z kolegami z Wadowic. Machina marketingowa ruszyła, a sądząc po nieco tajemniczym uśmieszku szefa KRK, ludzie zaczęli dodawać do kremu budyniowego alkohol. Nikt nie wspomniał ani słowem, że cukiernia do której chadzał Jan Paweł II (formerly known as Karol Wojtyła) już dawno nie istnieje, a tajemnej receptury wadowickiego cukiernika nie zna nikt. Co tam. Dlatego też nazwanie kremówki „Papieską” jest tak samo adekwatne jak nazwanie jej „LGBT”. Pomysł podsunął mi mój filologiczny przyjaciel – dwie warstwy kremów odnoszą się do Human Rights Campaign. Myślę, że jest to wystarczająco zabawne, zatem – do dzieła! Dalej…

Biała kiełbasa w piwku, czyli uczta mięsożerców

 Gdy na horyzoncie ukazuje się jakiś wrogi batalion wegan, robimy to proste żarełko. Sama Lud stwierdziła, że to jest taka uczta mięsożercy. Kiełbacha, boczek, słonina, kluchy. No masakra. Od jutra przechodzę na dietę, a tymczasem… Dalej…

Dyskretny komuny czar, czyli mortadela power

 Skojarzenia to straszna rzecz. W ramach „blogi treści” dzięki Durszlakowi odkryłem fenomenalnego bloga Trzy Posiłki Dziennie. Podobnie do linkowanej wcześniej (i w bocznym panelu) Kuchni pod Wulkanem, blog to samo mięcho i treściwe wpisy. Smaczku dodaje fakt, że autor skupia się głównie na kuchni azjatyckiej i to czasem potrawach, które zawstydziłyby te kurze macice i prażone pszczoły rodem z Tajwanu. Jeśli zatem ogarniacie, że tzw. Chinol to kuchnia z Wietnamu, nie boicie się różnych dziwactw, jesteście wkręceni w takie kulinaria (regiony, albo nawet jak ja spędziliście kilka sekund na sinologii :P), szczerze polecam. A jaki to ma związek? Ano taki, że najnowszy przepis zawiera w sobie kurze łapki, czyli znane nam (?) z dzieciństwa „rapy”. To momentalnie otworzyło mi klapkę w mózgu pt. magia mortadeli. Dig in! Dalej…

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...