Muffinki filmowe

 House w jednym z odcinków serialu o tym samym tytule z racji, że odstawia swój lek przeciwbólowy, kompensuje frustrację i kiepski nastrój bawiąc się w kuchnię molekularną. Aż tak źle ze mną nie jest, aczkolwiek przystrajanie muffinków to jednak bardziej święto niż dzień powszedni. Te akurat były też „wychodne”, bo zanosiłem je do redakcji, więc siłą rzeczy nie mogły wyglądać źle. Zdjęcie także jest unikalne, bo wykonane przy świetle dziennym, co akurat doskonale widać. Tym razem muffinki dość klasyczne w smaku, bo z czekoladą, ale ciasto jest pomarańczowe. No i one przede wszystkim miały ładnie też wyglądać. 😉 Dalej…

Muffiny Daleka

 Poznajcię Olę. Z Olą w sprawach kuchennych nie zgadzamy się często, jestem wredny i wypominam jej różne inkryminujące wpadki, np. barszczowe, ale! Ola jest w moim mniemaniu niekwestionowaną liderką jeśli chodzi o pieczenie ciast. Jak wiecie, ze mnie taki cukiernik jak z koziej okrężnicy orkiestra OSP, i nie zamierzam udawać, że oto – nagle – przedzierzgnąłem się w ciastotwórcę, że teraz to już będą miliony odsłon na blogasku (bo tylko słodkości tak zbierają ludzi), i tak dalej. Dalej…

Tiririri, znaczy – tiramisu (w tle oczywiście fotka z Józkiem!)

 Lud dalej ma sesję, potrzebuje energii. A cóż jest lepszym porannym energetykiem niż kawałek Tiramisu? Tiramisu w oryginale oznacza „poderwij mnie”, ale nie chodzi tu o żadne gorące włoskie flirty, a mocny, węglowodanowy kopniak. Z tym Tiramisu to makabra była, przyznaję się szczerze. Dlaczego? Ano dlatego, że… Dalej…

Ciasto kawowo-kakaowe

 Przepis podkradnięty z Moje Wypieki. Generalnie przy tej ilości ciasta moim zdaniem – za mało kawowe, no ale to to cholerne cukiernictwo, więc trzymałem się oryginału. Następnym razem – dwa razy tyle kawy i powinno być git, bo teraz mocniej waliło kakao niż kawą. Całkiem fajne ciasto, takie które trzaśniemy dosłownie w chwilę, a potem cały wieczór mówimy, jak babka w pociągu z „Dnia Świra”…

Oooooostatni. Do dzieła. Aha, wartości podaję „ok.”, bo jak zwykle masło, mąkę itp. robiłem na oko i rękę. 😉
Dalej…

Miodownik śmietanowy / Honey cake with cream

 Kolejna próba zabawy w cukiernika. Tak sobie lubię tę zabawę, bo jednak dla mnie ulubione słodycze to haggis i mortadela, ale sami rozumiecie – Lud wymaga. Tym razem zatem będzie to miodownik, ciasto o teksturze podobnej do Stefanki, przełożone śmietanowym ustrojstwem. Bardzo smaczne, słodkie, pewnie obrzydliwie niezdrowe czyli dokładnie takie, jakie powinno być ciasto. Mniam. Jak widzicie, kontynuuję także tradycję pokazywania moich kotów. Tym razem Tytus.

 

Another shot at being a confectioner. I’m not very fond of it – my favourite sweets are haggis and morta della, but you know – Crowd demands it. So, this time it will be honey cake, with its texture similar to Stefanka cake, but with cream (and fudge topping). Very tasty, sweet and probably unhealthy – just a perfect mix of what a cake should be. Yummy. Also I maintain tradition of showing my cats. This time – Titus. Dalej…

Wuzetka heretyków

 Tak, na zdjęciu jest jeden z moich kotów, zaraz do tego dojdziemy. Wuzetka to jedno z najbardziej znanych w Polsce ciastek (Lud też je uwielbia). Jak to zwykle z popularnymi produktami bywa, historia Wuzetki ginie w pomroce dziejów. Na Wikipedii i peryferiach ostają się dwie teorie. Albo jest to około PRL-owski zabieg pt. „Wyrób z kremem”, albo nazwa pochodzi od tego, że przy trasie W-Z była kawiarnia, która serwowała ten deser. Tak czy inaczej – udałem się na poszukiwania ciekawych pomysłów, jak można przetworzyć Wuzetkę. No bo błagam – prosty biszkopt na kakao (kakale ;)) jakoś wydawał mi się nudny, a Lud zażyczyła sobie, że nie chce żadnego dżemu czy powideł pomiędzy górną warstwą, a pomadą czy polewą czekoladową. No i w końcu znalazłem, na blogu Anula w kuchni – świetne ciasto, naprawdę wam polecam. Łatwiejsze do zrobienia niż klasyczny biszkopt (nie ma piany etc.), a smakuje bosko, no i jest wiecznie lekko wilgotne, co tylko dodaje wrażeń smakowych.

W tle na zdjęciu jest mój kot, Józek. Tam mam najlepsze światło dzienne rankiem, a koty jak wiadomo uwielbiają leżeć na parapecie. Józek to kot przywieziony z Gliwic, ale zdecydowanie lubi Warszawę i jej wypieki. 😉 Tak, wiem, zdjęcie nie jest najpiękniejsze, ale Józek się uparł, że takie ma być. Dalej…

Kremówki LGBT

 Haha, tego się (poza moimi fejsowymi znajomymi) nie spodziewaliście? Otóż geneza nazwy, to znaczy – tego „LGBT” jest taka sama jak geneza tzw. kremówek „Papieskich” (tzn. jest to marketingowy spin). Otóż szef Kościoła Rzymskokatolickiego w 1999 roku, na pielgrzymce będąc palnął jakoby uwielbiał kremówki, które podczas matury żarł z kolegami z Wadowic. Machina marketingowa ruszyła, a sądząc po nieco tajemniczym uśmieszku szefa KRK, ludzie zaczęli dodawać do kremu budyniowego alkohol. Nikt nie wspomniał ani słowem, że cukiernia do której chadzał Jan Paweł II (formerly known as Karol Wojtyła) już dawno nie istnieje, a tajemnej receptury wadowickiego cukiernika nie zna nikt. Co tam. Dlatego też nazwanie kremówki „Papieską” jest tak samo adekwatne jak nazwanie jej „LGBT”. Pomysł podsunął mi mój filologiczny przyjaciel – dwie warstwy kremów odnoszą się do Human Rights Campaign. Myślę, że jest to wystarczająco zabawne, zatem – do dzieła! Dalej…

Schwarzwälder Kirschtorte Blitzkrieg, czyli torcik „Czarny Las”

 Nie da się, oj nie da oprzeć temu błagalnemu spojrzeniu „zrób torcik czarny las”. Nawet jeśli ktoś, jak ja, jest zwolennikiem alchemii naturalnej, czyli kucharzenia wytrawnego a la Węgry albo Azja. Nie zaś kuchni ceremonialnej, a raczej cukiernictwa ceremonialnego, gdzie kilka gram w tę albo we wtę potrafi zepsuć cały proces żarełkogenny. No ale co zrobisz na błagalne spojrzenia. Czasem trzeba wdziać te szatki i kapelutek maga i czynić ceremoniał, robiąc tort szwarcwaldzki. Na jednej nodze, śpiewając hymn radziecki. Dalej…

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...