Nie ma Boga!, czyli dubu-jorim, smażone tofu na ostro

dubu-jorim„Czy chimka całkiem potrzepało?!”, zakrzyknie skonfundowany czytelnik. No i w sumie częściowo słusznie zakrzyknie, być może nawet bardziej wulgarnie, ale już tłumaczę o co chodzi. Otóż, podobnie jak niedawno zjadłem pierwszy raz w życiu śledzika, bo mnie naszło, tak samo – tu uważni fani fejsowej strony Kuryera wiedzą – naszła mnie taka przerażająca myśl „a co jeśli tofu wcale nie smakuje jak gówno z trocinami, tylko ja kiepsko trafiłem?”.

Otóż nr 2, uważam, że człowiekowi po pierwsze w życiu czasem zmienia się smak – jako dziecko nie lubiłem wielu produktów, które ubóstwiam teraz. Inna sprawa, że ma tu też nieliche znaczenie poziom umiejętności kulinarnych – wiele rzeczy mi nie smakowało, no bo nie ukrywajmy stołówka przedszkolna w czasach wydającej ostatnie tchnienie PRL to nie było „L’aubergine”. Moi rodzice też, nie ukrywajmy, nie są Gordonami Ramsayami, mało tego – w rodzinie nie kultywowano tak często przywoływanego przez blogerki kulinarne rodzinnego gotowania, że tu zeszyt babci, tam mama pokazuje jak pierogi kleić, w tle leci hipsterski indie rock. No niestety nie. Wszystkiego uczyłem się sam już jako dorosły człowiek i żartuję czasem, że jestem antysłoikiem, bo jak przyjeżdżam z rzadka do mojego rodzinnego miasta, to podwijam rękawy, a potem gotuję starym różne rzeczy (moja mama jest zresztą jak ten facet z „Rejsu”, który lubi piosenki, co je już zna – non stop dopomina się o miliony naleśników z nadzieniem a la sos boloński;)).

Otóż nr 3, nie, nie zostałem nagle weganinem, nie mam nabytej przez YouTube nietolerancji glutenu i nie wącham własnych pierdów w SanFran. Nadal jestem małpą wąskonosą, która i zieleniny zeżre i robaka wciągnie. Naszło mnie jednak ostatnio na kuchnię, oględnie mówiąc, dalekowschodnią. Tu interludium – wkurwia mnie niesamowicie określenie „azjatycka”, bo to tak jakby mówić, że jest kuchnia „amerykańska” albo „europejska” i traktować to jak jeden zbiór. Azja to ogromny kontynent, który zaczyna się kulinarnie na Ukrainie, a kończy na Japonii na litość boską. Same Chiny kontynentalne mają osiem głównych i zupełnie różnych kuchni. W każdym razie postanowiłem spróbować przeprosić się z tofu. Kupiłem je raz, w sklepie, dawno temu i smakowało jak, nie ma co się szczypać, gówno z trocinami. Przez lata więc tofu było w kategorii „a world of nope”, ale jako, że ostatnio kombinuję z sobą, różnymi tam glass noodle i tego pokroju wynalazkami, stwierdziłem, że czas na tofu. Kupiłem je w kultowym w niektórych kręgach sklepiku „Asia Tasty” za Halą Mirowską. Od razu mówię, że jest megaokejka, bo tofu było całkiem niezłe nawet na surowo (kupiłem to miękkie, tj. pewnie medium jakieś by było wg tofowej nomenklatury).

Otóż nr 4, które nawiązuje do otóż nr 3, nie, nie zamierzam robić miliona przepisów na „tofucznice” i „tofurniki”, bo bardziej od wymyślania przez znudzony Zachód zastępników w rytmie ideolo interesuje mnie realna kuchnia, która ma trochę narośli kulturowych, a nie jest produkowaniem erzaców.

Poniższy przepis to takie bardzo, ale to barrrrdzo proste koreańskie danko, które znalazłem po długich poszukiwaniach na jutubie (w ogóle szykuję osobny wpis o mrocznej stronie jutuba, czyli dalekowschodnich programach kulinarnych). Nazywa się dubu-jorim (두부조림 i oznacza to podduszane tofu). Przepis znalazłem u tejże pani i w zasadzie mój nie różni się niczym poza tym, że dodałem nieco grzybowego sosu sojowego (dlatego moje jest ciemniejsze).

Do dzieła!

Czego nam trzeba?

na tofu:

kostka tofu – ja kupiłem takie półmiękkie za Mirowską, jak ktoś w Wawie mieszka – robią zdaje się swoje na miejscu (tofu szybko się psuje)

3 ząbki czosnku

jedna nie za duża cebula

trochę szczypioru z dymki

sos sojowy jasny

sos sojowy grzybowy

sól

cukier

płatki chili

ziarna sezamu

I jedziemy:

Tofu delikatnie i z uczuciem kroimy w plastry o grubości pi razy oko 1,5 cm, a potem owe plastry przekrawamy na pół. Na patelce rozgrzewamy na mocnym ogniu olej i jak będzie już bardzo gorący, równie delikatnie kładziemy na nim tofu. Niech się smaży aż do zezłocenia – czyli ok. 5 minut z jednej strony. Potem przewracamy i smażymy na złoto i ze strony drugiej. Ponoć ludziom zdarza się, że tofu, zwłaszcza miękkie, im się rozwala i dlatego np. panierują. Ja nie dawałem panierki – moim zdaniem wystarczy bardzo mocno rozgrzany tłuszcz, bo wtedy momentalnie zetnie się dolna warstwa, a potem już tylko dosmażacie.

Jak się nam tofu zrobi, przekładamy je na jakiś talerz i przelewamy odrobinkę tego tłuszczu po nim do woka albo chimkowej ceramicznej patelni o małym dnie i ogromnych brzegach ;), a następnie wrzucamy tam posiekany czosnek i cebulę. Niech się lekko zeszklą, dorzucamy wtedy większość pokrojonego szczypioru (odrobinę zostawiamy na garnirunek).

W miseczce szykujemy sobie sosik – łyżkę sosu sojowego jasnego, pół łyżki sojowego grzybowego, filiżankę wody, szczyptę soli, płaską łyżeczkę cukru i płatki chili. Miąchamy.

Kiedy cebula i czosnek już będą lekko skarmelizowane, wlewamy sos. Niech sobie pobuzuje parę(naście minut), aż się dość mocno zredukuje i zgęstnieje (w sosie jest cukier i siłą rzeczy sos sojowy, więc będzie powoli glutowaciał ;)), wrzucamy weń tofu, mieszamy delikatnie a z wyczuciem, żeby się ładnie oblepiło sosem, trzymamy na ogniu z minutę-dwie, żeby ta usmażona, wierzchnia warstwa przesiąkła sosem i potem wyłączamy gaz, przekładamy do miseczki, posypujemy resztą szczypioru i sezamem. Podajemy. Można ponoć z ryżykiem, ja zeżarłem samo, bo mam kaca. Pomogło.

Pychota. Nie wierzę, że to mówię/piszę, ale pychota.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • Lilith

    Moja siostra miała niedawno złe doświadczenia z tofu, dobrze wiedzieć, że nie każde tofu takie (zupełnie nie chciało się, skubaństwo, przyrumienić). A tak poza tym to cudownie piszesz 😀

    • Piekielna

      Bo to lipne tofu z Biedronki było! To z z prawdziwym tofu mało wspólnego ma! ; P Zresztą, jest tofu i tofu… Ale w Pad Thaiu było dobre, nawet niezarumienione! Jak jeszcze kiedyś zobaczę gdzieś tofu, to znowu zamierzam z nim powalczyć! Choćby i z tym fajnie brzmiącym przepisem!

    • Może za mała temperatura? Jak wrzuciłem na mocno rozgrzany olej, to ładnie się zaraz ścięło, a potem wystarczyło poczekać na to, aż się przyrumieni.

      Za cudowność oczywiście dziękuję, ego połechtane 😉 i zapraszam, bo ostatnio zdarza mi się na moment zwariować i wrzucać jakieś nowe wpisy. 😉