Ten słynny chimkowy Gong Bao, co go wszyscy chcą jeść

12239498_10206404731969545_5919360478887695026_nNiedługo tytuły będę dawać, jak w XVIII/XIX powieści. No ale właśnie – nadszedł ten dzień, kiedy trzeba wreszcie podzielić się tym słynnym kurczakiem, czyli chimkowym gong bao. Otóż cała historia Gong Bao bierze się… w zasadzie nie pamiętam skąd i nie mam tu na myśli historii potrawy, bo tę świat generalnie kojarzy jako stosunkowo znane danie syczuańskie. Nie, nie, chodzi mi raczej o to, co mi przyszło kiedyś do głowy, czemu uparłem się, by zrobić pierwszy raz tego kurczaka, nieświadomie podpisując cyrograf z jakimś chińskim demonem, który prześladuje mnie teraz kolejnymi osobami domagającymi się Gong Bao. Pamiętam, że zrobiłem je raz – dla mojej byłej. Potem zrobiłem je drugi raz. Potem była, odkąd wpadała na żarcie, mówiła, że chce Gong Bao. Potem uparli się jedni znajomi. Potem drudzy. Tzw. Siostrom zrobiłem je raz, teraz będę robił po raz kolejny, bo miały urodziny i cóż jest lepszego na urodziny, niż to, że przyjdzie jakiś facet i zrobi Gong Bao. Mało tego, ostatnio odwiedzał mnie stary przyjaciel z polonistyki wraz z żoną i jak się okazało, tyle już lat gotowania, tyle gadania z jego mamą o żarciu, a on nigdy nie próbował nic mojego, żadnego flagowego żarcia. No więc zrobiłem Gong Bao. Co jakiś czas znowu go robię i wkroczył już w poczet potraw, które przygotowuję z zamkniętymi oczyma.

W pewnym momencie tyle razy robiłem tego cholernego kurczaka, że zacząłem się trochę buntować i pomstować, podczas gdy powinienem się cieszyć. Oto bowiem, w przeciwieństwie to 99% notek blogowych w sieci, ja to danie robiłem tyle razy, że zbliżam się do 0,1% Julii Child. Nie wiem bowiem czy wiecie, ale Julia Child to kobieta, która na potrzeby swoich książek, którymi – nie ukrywajmy – zrewolucjonizowała kuchnię w USA, doprowadzała przepisy do perfekcji przez wielokrotne robienie tych samych potraw. I kiedy mam na myśli wielokrotne, nie jest to „zrobiłem Gong Bao jakieś 40 razy”, tylko „Julia Child gotowała taki sam gulasz wołowy ponad 300 razy, a i tak nie była zadowolona”. Teraz porównajcie to z tworzeniem przepisów dziś, na blogach. Pffff.

Cóż to jest ten Gong Bao? To jest moi drodzy smakowa perfekcja i wcale nie przesadzam. Otóż niezależnie od różnych zapatrywań na smaki, uważam, że istnieje połączenie smakowe, które jest szczytem doznań i jest jakby zamknąć w jakiejś potrawie zmultiplikowany orgazm kubków smakowych. To jest połączenie, oględnie mówiąc, słodkiego i ostrego. Nie chodzi tu o błyskotliwe czy, jak kto woli, odważne igranie ze smakami, nie interesuje mnie kuchnia molekularna i zamrożone bąki o smaku pędów sosny oraz kiwi. To nie ta droga. Ja jestem zwolennikiem magii naturalnej, nie ceremonialnej i uważam, że pewne doznania, takie jak piękno, niekoniecznie muszą wyłaniać się z ogromnego konceptu. Czasem wystarczy jakiś taki widoczek. I tak jest ze smakami, nie potrzebuję odwagi, potrzebuję muzyki sfer, a muzyka ta, moi drodzy to jest połączenie słodkiego miodu (nie każdy miód jest słodki w ten sam sposób) z ostrością – czasem gorczycy, czasem pieprzu syczuańskiego, czasem chili. I taki właśnie jest gong bao.

Czego nam trzeba?

pół kilo kurzego cycka

dwa jajka

mąka

sól

pieprz czarny (ew. zielony)

nieco oleju (ale to nie konieczne)

pieprz syczuański

ocet ryżowy

sos sojowy jasny

sos sojowy ciemny

sos rybny

orzechy ziemne

sezam czarny

miód (najlepiej lipowy ew. inny, który ma klarownie słodki smak)

cukier trzcinowy demerara

bulion (kurzy ew. wołowy)

ryż biały długoziarnisty

I jedziemy:

Gong bao jest daniem prostym, acz nieco upierdliwym, bo pracochłonnym. Na początek zatem bierzemy kuciaka, opłukujemy pod kranem, kroimy w kostkę, ale taką sporą – pi razy oko 2×2 cm. Możemy teraz zamoczyć ją w odrobinie oleju z solą i pieprzem, ale szczerze mówiąc, po tylu razach zacząłem już to olewać. Na głębokiej patelni rozgrzewamy sporo oleju, tak, żeby nasz kurczak był choć odrobinę zanurzony.

Szykujemy sobie dwie miseczki (ew. talerzyki) – w jednej będzie rozkłócone jajko, w drugiej – mąka z przetłuczoną solą i pieprzem. Kawałki kuciaka maczamy najpierw w mące, potem w jajku, potem znowu w mące i BACH! na patelnię. Nie dajemy za dużo naraz, bo mają nam się nie skleić. Smażymy na złoto. Wyjmujemy, odstawiamy.

Do głębokiej patelni (może być ta sama, tylko umyjcie… Ja mam taką super ceramiczną, to mi idzie w try miga) wrzucamy kulki pieprzu syczuańskiego, prażymy, zrzucamy je do moździerza. Potem wrzucamy tam orzeszki ziemne, prażymy, odstawiamy.

Wreszcie trzecie użycie patelni – bierzemy sobie tak ok. 300 ml bulionu, wlewamy go do miski, a następnie dodajemy do tego trzy łyżki miodu, trzy płaskie łyżki cukru, przetłuczony pieprz syczuański, łyżkę octu ryżowego, łyżkę sosu sojowego jasnego, łyżeczkę sosu sojowego ciemnego oraz łyżkę sosu rybnego. Na koniec dajemy też łyżkę mąki i wszystko razem ładnie mieszamy. Cuchnąć to będzie przepotwornie, smakować jeszcze gorzej, ale teraz czeka nas alchemia.

Nastawiamy gdzieś na boku ryż.

Wlewamy płyn do patelni i zaczynamy redukować. Im bliżej pożądanego stanu, tym częściej trzeba mieszać, bo karmelizuje się na brzegach, a nie można do tego dopuścić by nam pływały gluty. Sos ma być jednolicie gęsty, a nie ze smarkami. W połowie redukowania wrzucamy orzeszki i redukujemy dzielnie dalej. Gdy sos będzie już mocno gęsty i będzie go stosunkowo mało (kwestia praktyki, mocium panie), wrzucamy kurczaka i mieszamy tak, by oblepił się dokładnie słodko-ostrym sosikiem.

Gdy będzie gotowe, nakładamy do miseczek ryżu, potem kładziemy kurczaka, posypujemy czarnym sezamem, wtranżalamy.

 

A teraz ogłoszenie parafialne.

Myślę o Patronite, na którym wpisuje się ostatnio trochę znajomych osób z tzw. blogosfery. Pisałem jakiś czas temu o projektach naukowych i moim wiecznym zmaganiu się z różnymi barwami biedy. Patronite to takie coś, gdzie idziesz na żebry jako ten biedny artysta czy co tam, a ludzie ustawiają, że co miesiąc będą Ci wysyłać kasę do słoika – progi są od symbolicznej złotówki do poziomu „grochowski oligarcha”, więc to nie przelewki. Dajcie znać, co o tym myślicie, bo zaczynam się powoli łamać. Nadal, po tylu latach, nie zamierzam robić z bloga słupa ogłoszeniowego i sprzedawać się za reklamę sztucznych zupek, ale szczerze mówiąc to robienie czegoś innego niż „ryż z cebulą 24/7 w drugiej połowie miesiąca 😛 albo staropolskie rekonstrukcje wymagają jednak tzw. twardych kosztów. O kwerendach czy możliwości bezstresowego kupowania książek o kuchni do recenzji nawet nie mówię.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • Izabela Pandora Próchniak

    Ja bym powiedziała „zakładaj”. Tylko to jest takie mądre mówienie, bo z kasą to u nas krucho zawsze. Więc nawet kwoty symboliczne są poświęceniem, zwykle koniec miesiąca ciągnie się ostrym debetem, a długi tylko rosną. Już dawno przekroczyły masą krytyczną, w ogóle możliwą do spłacenia w tej miodem i mlekiem płynącej krainie. Może jak opuścimy krainę to doznamy cudu XD. Ale jak nic płaciłabym, gdyby tylko było z czego :/.

  • Zostanę patronę z najwyższą przyjemnością oraz poczuciem sensu 🙂 (tylko pewnie na kwotę żałosną, bo mi się nigdy nic nie domyka, ale przynajmniej cuś no)