Krótki poradnik palacza (po jedzeniu)

palenie zabija ;)

No cóż, ten wpis chodził mi po głowie już STRASZNIE długo, ale ciągle zastanawiałem się, czy napisać czy nie napisać, czy to mi się mieści w blogu czy nie mieści, ale po tym, jak wyodrębniłem kategorię lajfstajlu (po mojemu hehe), uznałem, że hej – czemu nie. Oczywiście wpis, a raczej praktyczne wykorzystanie porad weń zawartych to sprawa dla ludzi powyżej18 roku życia, bo dopiero wtedy mogą kupić legalnie tytoń do palenia. W praktyce bywa inaczej, czego najlepszym dowodem jest Chimek, który zaczął palić jakoś w okolicach szóstej klasy podstawówki (przypominam, że wtedy podstawówka miała lat 8 ;)). Niepalącym (zwłaszcza faszystom) przypominam natomiast taki żydowski szmonces:

 

Jedzie w pociągu młody talmudysta. Na jednej ze stacji dosiada się do niego w przedziale bardzo znany rabin. Talmudysta myśli „aj waj, taka okazja, taka okazja! Muszę go szpytać o kilka rzeczy, bo może szę to nie powtórzyć!”, ale nieśmiałość nie pozwala mu odezwać się do tego znanego duchownego. Na kolejnej stacji do przedziału wchodzi inny bardzo znany myśliciel. Młody rabin w duchu się już gotuje „No! Teraz to nawet nie muszę się pytać! Toć oni zaczną zaraz dyskutować, rozważać, kłócić się, ach ach, tyle się dowiem!” Ale niestety nic takiego się nie dzieje. Podróżni siedzą spokojnie, czasem spojrzą za okno i westchną bądź rzucą okiem na gazetę. W końcu młody rabin nie wytrzymuje i wybucha: – Gewałt! Jak to jest! Dwie takie znane postacie, takie mądre, a nic nie mówicie? Nic nie dyskutujecie? Jeden z talmudystów odpowiada: – No cóż… On wie wszystko, ja wiem wszystko… To o czym my mamy gadać?  

 

I tym miłym akcentem przejdźmy do rzeczy.

 

Powody zaczynania palenia są różne, a najczęściej środowiskowe. Pali starszy kolega, imponuje się (za pomocą palenia, tak, głupie ale prawdziwe) koleżankom i tak dalej. A potem dwadzieścia lat później człowiek budzi się i już marzy o kolejnym wbłękicającym się w płuca dymku. 😉 No ale mniejsza. Nie jest to wpis, w którym mam zamiar grzmieć na temat szkodliwości nikotyny (czy raczej substancji jej towarzyszących), bo byłoby to hipokryzją i rżnięciem głupa. Dodam tylko, że np. jeśli chcecie rzucić palenie, to je rzucicie. Jestem tego najlepszym dowodem. Gdy miałem problemy zdrowotne, z dnia na dzień rzuciłem palenie (a paliłem ok. 30 dziennie). Potem mogłem siedzieć w zadymionym pokoju, wśród bandy palaczy i nic mnie nie ruszało. Kwestia odnalezienia tego prztyczka w głowie. Tylko jedna rada – jak już rzucicie, to nie dajcie się namówić na „tylko jednego”. Prawdopodobnie gdybym przy okazji ślubu mojego przyjaciela nie zapalił z nim „ostatniego kawalerskiego”, pewnie byłbym niepalący do dziś.

 

Oh well, ale skoro palę, to teraz kilka rzeczy, które warto wiedzieć, gdy się pali i gdy nie chce się zarżnąć finansowo w naszym kochanym kraju. Przede wszystkim – przestańcie kupować papierosy. Po tym, jak zapaliłem pierwszy raz tytoń z prawdziwego zdarzenia, za każdym razem jak zdarza mi się zapalić papierosa, mam wrażenie, że tam są wymiatane z kąta hali śmieci, stara baba i włosy Nergala. Bonusowym argumentem jest akcyza. Otóż nasze państwo kochane kochane państwo zabiera bardzo dużo pieniążków w ramach akcyzy na papierosy (per paczka) jednocześnie fundując palaczom, których nie jest dwóch na cały kraj, coraz bardziej restrykcyjne regulacje. Inaczej jak urzędniczym skurwysyństwem nazwać tego nie można. Jest natomiast furtka (mimo podniesienia cen i wyrobów tytoniowych) i nie mam tu na myśli szarej strefy. Tą furtką jest kupowanie tytoniu w paczkach i skręcanie sobie własnych papierosów. Nie mówiąc o tym, że wybór jest znacznie większy, możecie kontrolować „shota” nikotyny i tak dalej. Mówię tu głównie o skręcaniu tzw. RYO, czyli roll-your-own, czyli bierzemy papierek, ew. filter i raz dwa paluszkami robimy sobie cygareta.

 

Z tytoniami sprawa jest niby skomplikowana i jednocześnie dość prosta. Kilka rad (wreszcie dotarliśmy do meritum!):

 

1. Nie kupujcie nigdy tytoni papierosowych w stylu „Viceroy”, „Chesterfield” czy czegoś, co ma oznaczenie rozpoznawalnej marki. I nie chodzi nawet o cenę/wagę (ok, faktycznie są bardzo tanie), a o to, że te tytonie nie są zbyt dobre do kręcenia. To wióry, które pakujecie do maszynki do gilz… Po to, żeby wsadzić taki tytoń do „predefiniowanego” 😉 papierosa. Tytonie do skrętów są nieco inne – z reguły jest to shag.

 

2. Co to jest shag? Nie, nie jest to popularne brytyjskie słowo oznaczające z grubsza sympatyczne uprawianie seksu, chyba, że after shagging let us roll some shag. 😉 Shag to słowo stosunkowo mało znane w naszym pięknym kraju, głównie dlatego, że nie mamy tak mocno rozwiniętej (jak choćby w Holandii) kultury skręcania papierosów. Generalnie rzecz biorąc jest to właśnie tytoń do papierosów, który z reguły pocięty jest w cienkie, długie nitki, które łatwo zwinąć w bibułce. Tym różni się od wiórów papierosowych (j.w.), że nie rozpada się tak, jak one, nie schnie tak szybko i tak dalej. Tytoń ten ma kilka podstawowych typów, choć u nas najczęściej trafia się jeden z nich.

 

3. Generalnie, jak łatwo się domyślić, tytoń do palenia tytoniowi do palenia nierówny. Gdy zajrzycie do dobrej trafiki albo gdzieś na jakiś np. warszawski bazarek, który jest dobrze zaopatrzony, zobaczycie masę kolorowych paczek tytoniu…

 

…z czego 80% to różne tytonie aromatyzowane, których bazą jest tzw. American Blend (czyli miks głównie gatunków Burley i Virginia) albo Virginia Blend (czyli głównie jasny tytoń Virginia). Tak naprawdę na rynku nie za wiele jest, przynajmniej tak „z ulicy” mieszanek, które byłyby czymś innym niż popularną Virginią. A co z pozostałymi 20%? No cóż, trafiają się tu perełki, które są np. zware shag, czyli mieszankami na bazie tytoniu Kentucky, albo które są bliżej tzw. turkish, ale to naprawdę rzadkość i częściej trafimy na halfzware shag (czyli miks mieszanki zware i Virginia) z dodatkiem tytoni spieczonych w afrykańskim słońcu 😉 niż jakiś prawdziwy ciemny turkish.

 

4. No ale właśnie – co to tak naprawdę oznacza? Oznacza to w praktyce pokrycie tytoniowego rynku mieszankami typu Virginia Blend, American Blend i Halfzware, przy czym różnica pomiędzy Halfzware a American polega na tym, że w jednym jest trochę Kentucky, w drugim – Burley.

 

5. Przejdźmy do kolorowych opakowań. Na razie zakładam, że chcemy sobie zapalić po dobrym obiadku 😉 mieszankę naturalną, nie zaś aromatyzowaną. W Polsce mamy kilka widełek cenowych. Na samym dnie znajdują się takie wióry jak tytoń Poniatowski, który zapaliłbym dopiero wtedy, gdyby ktoś przystawił mi pistolet do głowy. Nieco wyżej jest bardzo popularna Casablanca (American blend). No nie jest to tytoń najwyższych lotów, ale pali się nieźle, nie śmierdzi jak kontener na śmieci i ma stosunkowo dobrą cenę do jakości oraz… jest wszędzie. Natomiast prawdziwa zabawa zaczyna się, gdy zaczniemy szukać dalej.

 

6. Dwie najbardziej popularne marki tytoni z wyższej półki to Drum i Mac Baren. Przyznaję, Druma wypaliłem w życiu niewiele, jakoś mi nie podchodził, ale wspominam o nim, bo to tak jak by nie wspomnieć o np. Jacku Daniel’sie przy okazji alkoholi na myszach. Masa ludzi jest w Drumach zakochana. Kto wie, może jeszcze się przekonam. Mac Bareny natomiast paliłem i palę od dobrych kilku lat. Ba! Rzuciłem palenie z ich powodu i wróciłem do palenia właśnie do nich. 😉 Ale to kwestia osobnicza – źle na moje oskrzeliki działały MB aromatyzowane (ech, Apple…). Mac Barenów jest ci u nas dostatek i generalnie te mieszanki to taki Glenfiddich 😉 wyrobów tytoniowych. Taki trochę niby pop-tytoń, ale przy okazji doskonała klasa. Z naturalnych godne polecenia, słuszne i zbawienne są dwa. Pierwszy to black – czarne opakowanie, mocny zware shag, pozbawiony na szczęście charakterystycznego posmaku perfum tytoń. Drugi z kolei to coś na leniwe popołudnie: nie pamiętam czy ma jakąś nazwę, to light – virginia w zielonym opakowaniu. Nie wiem czemu, ale jak pierwszy raz go zapaliłem, od razu skojarzył mi się z pływaniem na chmurce pełnej miodu. Coś bardzo lekkiego, przyjemnego, zapach dymu bardzo neutralny, no cud – nomen omen – miód.

 

7. Ale są też inne tytonie. Wśród tych, którymi warto się zainteresować wymieniłbym Look Out, Tilbury i Red Bulla (well, duh!). Zaczniemy od końca. Red Bull to dość klasyczny tytoń, który znajdziemy o dziwo nie tylko w formacie halfzware (czyli bardzo u nas popularnym), ale i zware shag. Polecam ten drugi – mocna sprawa dla twardych ludzi. Tilbury z kolei, którego paliłem, to halfzware o dość specyficznym, leciutko „wędzonkowym” jak to się mawia posmaku. Choć tyłka nie urywa, jest bardzo smaczny. Na koniec zostawiłem coś, czego za cholerę ostatnio nie mogę znaleźć, czyli fan-tas-ty-czny tytoń holenderski pt. Look Out. To kompletnie inna zabawa – polecił mi go kiedys facet w trafice w Kielcach, parę razy znalazłem go w Warszawie, ale od kilku lat w ogóle nie widuję na rynku. Smutek. Look Out jest tytoniem dosyć niecodziennym jak na nasze warunki, bo niby to coś, co powinno leżeć blisko halfzware (czyli nie tak ciężkiego), a jednocześnie jego bazą są (poza np. francuskimi) tytonie z Afryki. To mocno inny tytoń niż te, do których – palacze 😉 – jesteśmy przyzwyczajeni. Masę ludzi Look Out odrzucił, niewielu pewnie przekonał, ale ja jestem jednym z tych drugich. To ten typ tytoniu, że w minutę po zapaleniu od razu zaczynasz śpiewać sprośne marynarskie piosenki i masz ochotę przywalić komuś w nocha. Taka mocna rzecz, w której naprawdę czuć afrykański żar.

 

I na razie tyle wystarczy. Może wspomnę tylko osobno o tym, o czym nie wspomniałem prawie w ogóle, czyli o tytoniach aromatyzowanych. Co kto lubi – ja paliłem kiedyś bardzo dużo Mac Barenów jabłkowych, wiśniowych i innych (ale te dwa przede wszystkim) i były super dopóki nie zacząłem kaszleć szlamem rodem z filmu „Prometeusz”. Ale są inni, którzy palą aromatyzowane MB od lat i nic im nie jest. Kwestia osobnicza. Wychodzę jednak z założenia, że palenie (poza byciem nałogiem och ach) powinno być przyjemnością, bo w życiu niewiele jest przyjemności, a toż samo życie kończy się i tak źle. Ale kiedy palenie przestaje być przyjemnością, to może lepiej je rzucić. 😉 Jak kiedyś znowu dojdę do tego wniosku, to pewnie to zrobię. Ale na razie – kawa, papierosy, a potem szklanka whisky; to je ono!

Do następnego (będzie przepis, obiecuję!)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • Sherlock Sherlockista

    Komentarz off topic: ależ masz fajnych czytelników; nie wiem, czy to szmonces zadziałał, czy co, ale cały czas czekałam na jakiś upiorny tekścior antypalaczowego faszysty, a tu nic 🙂

  • Piszesz że Look Out nie jest widoczny na rynku, a udało nam się w parę sekund znaleźć ten tytoń na najbardziej popularnym portalu aukcyjnym 😉 Cena 19,60 za 40g – to dużo? Fajny wpis, nie popieramy palenia ale horyzonty trzeba poszerzać.

    • W tym sensie nie jest dostępny co inne tytonie, tzn. analogowo. 😉 Przez internet można kupić wszystko, mnie chodziło raczej o to, że wychodzę do lokalnego sklepiku z tytoniem i tam chcę coś kupić.

      Cena normalna. Casablanca kosztuje teraz 16,99 a jest kilka klas niższa niż Look Out. Mac Bareny stoją zwykle jakoś lekko ponad 20 zł, o ile dobrze pamiętam 21,99 albo 22,95 (zawsze jak kupuję tytoń, to z reguły ze stertą filtrów i bibułek, więc nigdy nie pamiętam dokładnej ceny ;)).

      • dzięki, a napisz jeszcze ile kręcisz sztuk z takiej paczki 40g? 🙂

        • 60-70? Jakoś tak, można sobie w miarę dowolnie dozować. Z tym że te skręty są krótsze nieco. Ale na tym w sumie polega ich urok (a raczej na tym, że widzisz jaki tytoń wrzucasz do środka ;)).

  • *antypalaczowy faszysta* Fuj fuj i w ogóle. *antypalaczowy faszysta mode off*
    Palic nie palę i nie będę, ale tyton wąchac lubię. Ot, zboczenie takie.

    • Dziękuję i doceniam. 😉 Taki tru faszysta to jednak nie jest „fuj fuj i w ogóle”, tylko ktoś kto np. wchodzi w miejsce w którym napisałaś o swoim ulubionym filmie i – mimo że znasz wszystkie słabe punkty tego filmu – pisze posta na 10 tys. znaków o tym, że ten film to straszne gówno i powinnaś przestać go oglądać, a w ogóle to trzeba przepchnąć ustawę, żeby zakazali emisji. 😉