Włoszczyzna a sprawa polska

Mikołaj Rej

„Wsadź sobie w rzyć te swoje cytryny, królowo”

Mikołaj Rej, apokryfy

Ten wpis dedykowany jest czytelniczce Mai (oraz jej mężowi), która doświadczyła przykrości jaką jest seler (oraz jego status ontyczny ;)). W fejsbukowej dyskusji pojawił się problem pt. „Co jedli ci ludzie, kiedyśmy jeszcze ziemniaków nie mieli?”. Oraz problemy pomniejsze, czyli kiedy pojawiły się ziemniaki i co z tą włoszczyzną i Boną. Przy okazji wydobył się na światło dzienne problem postu i tego, co wtedy jedzono.

 

I mam zgryza, bo to są tematy na osobne notki, więc na razie opiszę wam, jak sprawa przedstawiała się z włoszczyzną w XVI wieku, czyli czasie, kiedy owa włoszczyzna – i ludzka i warzywna – do nas przybyła. Przy okazji pogawędzimy chwilkę o przemianach na polskim stole za czasów Bony, o konserwatyzmie szlachty i alkoholu.

 

Popularnie przyjmuje się, że wiele warzyw sprowadziła do Polski żona Zygmunta Starego, Bona Sforza. Jest to – jak to zwykle bywa – i prawda i nieprawda. Powiedzmy raczej tak: za sprawą Bony Sforzy pojawili się w Polsce włoscy dworzanie. Gdy pojawili się włoscy dworzanie, nadeszła i siłą rzeczy włoska moda. A ta opierała się na ogrodach warzywnych. Trudno przyjmować, że stopniowe zmiany w zestawie składników kulinarnych zachodziły przez samo istnienie królowej i jej preferencji kulinarnych. Działo się to z przyjściem „nowego”, czyli właśnie dworzan, bo to dwór był bardziej w kontakcie ze światem i możnymi, mniejszymi czy większymi.

 

Oczywiście nie obyło się bez spięć. U mojego ulubionego autora staropolskiego, Mikołaja Reja, znajdujemy kilka passusów, które odczytane wraz z kontekstem kultury materialnej rzucają nieco światła na swego rodzaju spięcia kulinarne w tamtym czasie. Przy okazji ciekawostka. Sprawdzałem daty (nie mam pamięci do dat) i na Wikipedii pisze się, że Bona wprowadziła na polskie stoły przyprawy korzenne, bo je uwielbiała. To wam da najlepszy pogląd na to, jak bardzo kompetentna może być Wikipedia. Otóż polskie stoły znały tzw. „korzenie” od dawna, głównie przez mniej lub bardziej inwazyjne kontakty ze Wschodem. Orientalizm w naszym kręgu kulturowym to zjawisko moim zdaniem stosunkowo mocne, wbrew temu co sinusoidalnie wykłada się w liceach (a czasem na studiach) na języku polskim. Oczywiście są takie okresy jak np. romantyzm, gdzie jest to jeden z nurtów dominujących, ale nie oznacza to, że magicznie znika, gdy stery przejmie jakaś inna kultura, która ma wpływ na mieszkańców danego kraju.

 

Przyprawy korzenne nie były nowością w XVI wieku. Były, owszem, drogie i luksusowe, ale daleko im było do nowalijek. To, co się pojawiło i co znajdziemy choćby u Rej, to raczej zupełnie nowe warzywa oraz owoce. I tu dochodzimy do clou dzisiejszego tematu, mianowicie włoszczyzny. W sumie zabawna sprawa – dziś włoszczyzną określamy taką paczkę, w której jest marchew, pietruszka, korzeń selera i por. Jak się już zapewne domyślacie, te warzywa znane były w naszym kręgu geograficznym i kulturowym znacznie wcześniej i to nie marchewkę czy pietruszkę wprowadziła rękoma swych dworzan królowa Bona. Seler i por to już niestety jej sprawka, ale problem jest znacznie poważniejszy. Rzecz rozbija się bowiem o zupełnie inne warzywa, wśród których zaszczytne podiumowe miejsca zajmuje: kalafior, kalarepa oraz brokuły. Poza tą trójką do ówczesnej włoszczyzny możemy dodać karczochy, młodą kapustę czy tzw. koper włoski. Do tego dorzućmy szpinak i zieloną sałatę i już wiemy czemu Rej oraz szlachta tamtych czasów pogardliwie wypowiada się o zieleninie.

 

To najlepszy przykład konserwatyzmu szlachty polskiej. Kiedy – przenieśmy się na moment nieco w przód – w drugiej połowie XIX wieku Warszawa i inne miasta grają tak jak im Ćwierciakiewiczowa zagra, zaścianki wszelakie wciąż urządzają orientalne przyjęcia i żyją jakby wciąż były np. lata dwudzieste. Ta sama sytuacja ma miejsce w XVI wieku. Nowości dla szlachty polskiej są złe. Złe przynajmniej do momentu, kiedy sąsiad zacznie coś hodować i być modnym, a wtedy trzeba już działać. Tak sprawa wyglądała np. z cytrusami. Rej wspomina o nich tak:

„(…)tedy to jest tak osobny przysmak, ani twoje limunie, bo i rosołek barzo smaczny, i sama pani ćwikła(…)”

Limunie to oczywiście dzisiejsze limonki. Cytrusy nie były mile widziane na polskich stołach, przynajmniej dopóki nie przekonano szlachty, że są dobre ze względów medycznych (np. konfekty z cytryn, ale to temat na inny wpis ;)) no i pysznie smakują z rybkami, których u nas przecież siła. Ciekawostka – włoskie cytrusy sprowadzone do Polski hodowane były głównie na terenach obecnej Małopolski, bo tam najlepiej się przyjmowały. Nie dziwi nas zatem ten Rejowy hejt na limunie.

 

Rejowi zresztą nie po drodze z Boną i wpływami włoskimi było i z innych powodów. Kiedy pisze, że nie podobają mu się „witpachery, rozekery”, czyli gatunki win, nie jest po prostu przeciwnikiem wina czy alkoholu jako takiego. Rej biedny nie był i miał m.in. dwa browary. Jak widzicie, to po prostu kwestia konkurencji. XVI wiek to zresztą dość przykry moment, jeśli chodzi o sprawy alkoholowe. Cholerka, to też osobny temat, więc tylko w telegraficznym skrócie: odchodzi powoli miód pitny, maleje wpływ piwa, a popularne bardzo robi się wino. Już za węgłem czeka – niestety – napój mocno plebejski, czyli tzw. gorzałka. Gdy w XVII wieku wódka zacznie toczyć nasz kraj, utrzyma się na wysokiej pozycji do dnia dzisiejszego. A jak to mawiał kustosz Muzeum Narodowego w Kielcach, „wódka, proszę pana, to napój dla plebsu”. 😉

 

Jeszcze jedna rzecz. Ciekawa sprawa to koper. Za czasów Bony sprowadzono do polski koper włoski, czyli to, co nazywamy fenkułem. Krąży taki dowcip środowiskowy, że to typowa nazwa, żeby było ohoho bardzo modnie i nowobogacko, a w dzieciństwie fenkuła tośmy brali na, za przeproszeniem, ciekączkę. Otóż – jak zwykle – jest to prawda i nieprawda. Kiedy Rej wspomina o dodawaniu kopru do swoich warzywek czy inszej ćwikiełki, nie ma najprawdopodobniej na myśli jego włoskiej, sprowadzonej – owszem – w tym czasie wersji, a polską. Koper ogrodowy i koper włoski to dwie różne rośliny, które co prawda leżą w tej samej szufladzie selerowatych, ale nie są tym samym. Tu wam się przyznam, a jest to cenne, szczególnie na internecie, gdzie każdy wie wszystko i ma rację ;), że ostatnio na to wpadłem i dzięki temu nie mam już błędu merytorycznego w jednej z moich prac o kulinariach staropolskich. 😉 Człowiek się uczy całe życie.

 

Zatrzymajmy się w tym miejscu. Wiemy co nieco o włoszczyznie, którą sprowadzono do Polski w XVI wieku, wiemy że szlachta nasza była konserwatywna wielce (do czasu), wiemy czym się różni dawna włoszczyzna od dzisiejszej i czemu cytryn Rej nie lubił. Tak sobie myślę, że skoro idą nam święta wielkanocne, co prawda o nich nie zdążę już tyle napisać, bo wymaga to pójścia do biblioteki, ALE! Nadrobię nieco, bo ostatnio blog świecił pustkami. Pogawędzimy zatem, być może już jutro, o tym jaki był w Polsce post, czemu taki straszny i jak oszukiwano, bo przecież człowiek nie zdzierży ciągle grochu z olejem.

Zdrowia!

Napisane na podstawie chimkowych badań oraz np.:

Peszke J., Kuchnia polska dawna: urywki z jej dziejów od czasów najdawniejszych do końca XVII wieku [w:] „Gazeta Domowa”, Warszawa 1903, nr 1…47.

Hensel W., Pazdur J., Historia kultury materialnej Polski w zarysie: opracowanie zbiorowe, T. 3, Od XVI do połowy XVII w., Wrocław, 1978.

Siennik M., Herbarz to jest zioł tutecznych, postronnych y zamorskich opisanie […], przydano Alexego Pedemontana księgi ośmiory o taiemnych a skrytych lekarstwiech […], tłum. M. Siennik, Kraków, 1568.

Rej M., Żywot człowieka poczciwego, Kraków, 1859.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...