Myśli rozczochrane #2 – street food i inne takie

london eye

Zdjęcie przy Waterloo Bridge. Jak sobie pomyślałem o cenach i jakości street foodu w Polsce, chciałem się rzucić do Tamizy.

(fot. archiwum)

 

Jak część z was wie, Chimkowi zdarza się od czasu do czasu wyjechać na moment za polską granicę i coś tam poza ową granicą robić. Faktem jest, że najczęściej wielkie dupsko Chimka ląduje albo w Luton (a docelowo Londynie) albo w Paryżu. Czasem zdarza się mały wojaż do, na przykład, Rzymu, ale generalnie jakoś tak bywa, że to Lądą jest moim (już starczy tego Chimka) głównym miejscem pobytu, jeśli chodzi o mikrodelegacje.

 

Londyn to miasto, które na pewno ma setki, tysiące, miliony wad. Ale ma jedną zaletę. Może tak od początku…

 

Wysiadam na stacji St Pancras International. Wyłażę w stronę Speedy’s. Dojście do North Gower St. to raptem niecały kwadrans. W Speedy’s zamawiam – jako wymięty po prawie że nocnym locie turysta – full Speedy’s (nie polecam full english, słabsze jest niż to „z nazwiska”). Do tego mój ukochany Earl Grey z mlekiem (tak, zupełnie poważnie, pijam EG z mlekiem). Płacę za to cztery funciaki z groszami. Śniadanie to ichnia kiełbaska o lekkim smaku trocin (jak tam są herbs&spices to typowo w angielski sposób…), pieczarki, jajka, boczek, fasolka, frytki i tost. Nażeram się jak, nie przymierzając, kiernoz. 

 

Załatwiam co mam załatwiać i ruszam na miasto. 

 

W opcji street foodowej mogę wziąć sobie np. meal deal „bieda style”. Czyli za ok. trzy funty bierze się kanapkę, coś słodkiego i chipsy albo podobną przekąskę. Da się bez problemu zaspokoić głód, jeśli ktoś jest fanem Sainsbury’s i ichnich produktów. Ale meal deal spotka się i w zwykłych sklepikach.  Jeśli jest nam zimno zawsze można wstąpić po kawę – kawa w UK, co może być przerażające dla niektórych, jest stosunkowo tania. Wiadomo, jak siądziemy w ęą kawiarence, zapłacimy kilka funtów więcej. Ale z reguły porządny kubas kofeinowego strzału to nie więcej niż ok. dwa funty. Ale kawa to i tak zbytek. Jesteśmy głodni.

 

I tu rozpościera się przed nami iście idylliczny krajobraz taniego street foodu. Nie piszę nawet o tzw. hot dogach. Tak zwanych bo z naszymi parówami w bułce nie mają zbyt wiele wspólnego. U nich to porządne kiełbaski (w zależności od miejsca bardziej lub mniej wypełnione trocinami ;)) w ogromnej bule z dodatkami, ale bez keczupu czy innych sosów. Z reguły za takiego zapychającego hot doga płaci się ok 2-3 funty. Czyli na nasze – pięć, sześć zeta, bo nie przeliczamy tego PLN -> GBP, tylko tak pi razy oko dwa razy. Wystarczy spojrzeć na ceny napojów w puszkach, by zrozumieć ideę – od 70p do 1,50Ł. 

 

Jeśli hot dog nam śmierdzi (nie śmierdzą, są całkiem dobre, znam takie jedno miejsce…), a jesteśmy wygłodniałym np. studentem, idziemy do baru. W barze mamy opcje śniadaniowe, składane ale też np. moim zdaniem koronę zapychającego żarcia czyli jacked potato. Jacked potato to po prostu pieczony ziemniak w mundurku, tyle że ziemniak wielkości mojej głowy, do którego wkłada się np. mięso albo ser żółty i zalewa trzema litrami fasolki. Ostatnim razem za trzy funciaki z groszami pokonałem takiego ziemniora. Było ciężko, ale zwyciężyłem. Do końca dnia nie potrzebowałem żarcia. Trzy funty czyli jakieś 6-7 zł za pełnoprawny obiad. 

 

Jacked potatoes to nie wszystko – za 3-4 funty nabędziemy inne dania okołoobiadowe, a jeśli czujemy się na siłach, to od 5-6 funtów zaczynają się fish&chips. Z reguły jest to wielki filet plamiaka (ang. haddock), sterta frytek, które wyglądają prawie jak ćwiartki ziemniaków i często fasolka albo inny dodatek. 

 

Są jeszcze zupy. Nie tylko w pret-a-manger, jest masa sieci i małych miejsc (polecam „The Onion” w drodze na Waterloo Bridge, mniam), w których za 2-3 funty kupujecie sobie kubek zupy i wyłazicie w słoneczny chłód Londynu. Porządne, gęste zupy, wiem co mówię. 

 

I teraz, skoro już tak sobie powzdychałem z rozrzewnieniem nad pysznym londyńskim street foodem, wracam do Polski, ląduję na Okęciu, następnego dnia chcę coś zjeść na mieście i…

 

…za przeproszeniem, kurwa, płakać się chce. Co mamy do wyboru? Gumowate, postpeerelowskie hot dogi i hamburgery. Typowy anturaż dworca kolejowego – bryzol z „Biedronki”, kiszona kapusta i stare sosy, z których opakowań dopiero  co ktoś zeskrobał pleśń (true story). I to w cenie tego jacked potato, czyli 6-7 zeta. No ale przecież gówniane żarcie na dworcu jest takie z definicji. Na mieście na pewno znajdziemy coś fajnego, prawda? PRAWDA?

 

Niestety, upadła instytucja barów mlecznych, gdzie bardzo tanio można było zjeść stosunkowo dobre żarcie. Oczywiście nie jest tak, że mleczniaki całkiem znikły z miejskich map, ale jest ich zdecydowanie mniej. Zamiast tego mamy gumowate gówna z mikrofali albo kanapki dla hipsterów.

 

Och, i nawet nie chce mi się zaczynać tego tematu, ale kiedy powiedziało się A, trzeba powiedzieć i B. Żarcie na mieście w Polsce to koszmar. Koszmar ze względu na naszą mentalność. W Londynie knajpa „Speedy’s” znana na cały świat via serial „Sherlock BBC” dodatkowy hajs tłucze wyłącznie na tym, że komuś się tam sprzeda kubek czy inny „merch”. Poza tym to nadal lokalne bistro, w którym zjada śniadanie John, Bob i Steve, ekipa budowlańców oraz dwie japońskie turystki. Rodzinny biznes nie dostał tzw. waginocefalii* dlatego, że stał się popularny. W Polsce zaś, tu pluję uparcie we własne gniazdo, nie trzeba być popularnym, żeby podnosić ceny a obniżać jakość.

 

Legendarne były już kanapki u Magdy Gessler, gdzie był mały rzyg majonezu i zwiędły listek sałaty. Masz Gulasz tejże samej restauratorki to coś, co mogło by stanowić odpowiednik pret-a-manger i innych zupodajni, gdyby nie to, że gulasze u MG kosztują ok. 20 zł za porcję. No żesz…

 

To może burgerka? Ostatnie lata pokazały, jak łatwo kupić Polaków. Podobnie zresztą jak Amerykanie, zachłysnęliśmy się drogimi burgerami. Pisał o tym Bourdain – jeśli nagle podniesiemy ceny i wmówimy ludziom, że tak naprawdę chcą tego i płacą za luksus, to ludzie będą płacić. I takim oto sposobem mamy dziesiątki mniej (22 Nowy Świat) lub bardziej (Barn, podobno Warburger, muszę sprawdzić) udanych  burgerowni, gdzie już za 25 zeta (ceny, jak zauważyłem, ostatnio podskoczyły) dostaniemy kawał mielonego w bułce plus pomidor i sos tysiąca wysp z butelki.

 

Jestem w stanie zapłacić za ęą żarcie, ale na litość – wtedy, kiedy jest to w restauracji kogoś znanego, a nie Zenka i Marka, którzy żerują na głupocie hipsterów. Dobrze, że frytki belgijskie powoli upadają, bo to był już szczyt absurdu jeśli chodzi o stosunek food costu do ceny końcowej w naszym pięknym kraju.

 

Jeśli nic się nie zmieni… Cóż nam zostanie. Chinol, kebab, koniec. Dalej już są restauracje, gdzie zjemy za minimum kilkadziesiąt złotych, a i to niekoniecznie w stronę „biedażarcie, by się najeść”. Brakuje mi takiego spektrum street i fast foodu jak w Londynie. Zwłaszcza, że jakościowo tamto jedzenie jest naprawdę dobre. I nawet nie zaczynajmy tematu śniadań, bo już mi się słabo robi (moim faworytem jest kawałek bagietki, twarożek i garnirunek za 12 zeta).

 

Jeśli macie to szczęście mieszkania w Warszawie w okolicy UW albo studiujecie tamże, polecam „Saharę” w instytucie archeologii. Piętnaście zeta i jest ogromny talerz, po którym z budynku nie wyjdziecie, a wypełzniecie. Owszem, trochę drożej niż pięć zeta, ale cenowo, ilościowo i jakościowo porównywalne do porządnego fish&chips, czyli właśnie 7-8 funciaków.

 

Żeby nie było, że na końcu takie rzygnięcie – znacie jakieś fajne miejsca w waszych miastach? Takie, gdzie zje się tanio i dobrze i smacznie? To piszcie. Po Polsce też czasem jeżdżę. Im więcej takich miejsc znajdę, im więcej ich wypromujemy, tym lepiej dla nas wszystkich. Jedzenie na mieście to fajna sprawa, dopóki nie jest dymaniem w tyłek konsumenta. Bo jak widzę ceny polskiego „taniego” żarcia to mi się płakać chce bardziej, niż po obejrzeniu „Pejzażu jesiennego z widokiem na Het Steen w świetle poranka” Rubensa, który widziałem ostatnio w National Gallery.

Zdrowia!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • *cichutko* Ale dobra chińszczyzna jest dobra…
    A tak w ogóle to w Polsce koncepcja food-trucków jest wciąż jeszcze zbyt mało znana. A to jest chyba właśnie ten kierunek w którym należałoby pójść.

    • Izabela Pandora Próchniak

      Chyba w ogóle kierunek – „cena jak dla Polaków” byłby niegłupi. Ale nie, lepiej narzekać, że rodacy (nie widzieć czemu!) nie jadają na mieście tak często, jak inne nacje. No, to ci dopiero niespodzianka!
      Tak, chińszczyzna made by Wietnamczyk jest niezła, jakkolwiek mam tak złe wspomnienia związane z pracą w tego typu knajpie, że już tam nie jadam. Ale nie żadne urban legend, że nie wiadomo co dodają do żarcia, czy coś. Nie, robią je przyzwoicie, a przynajmniej robili tam i wtedy.
      W Krk tani i dobry tych X lat temu, jak mnie było stać na takie ekstrawagancje, był bar mleczny położony na ulicy św. Gertrudy, ale nie wiem, jak sytuacja prezentuje się teraz.

      • W KRK, o ile istnieje, był cudny „Pod filarkami” na rogu Starowiślnej i Dietla. Ale to było w czasach, jak tam studiowałem, czyli jakieś 7 lat temu. 😉

        • murka

          Istnieje dalej, ale dawno nie zaglądałam.

  • k0n

    We Wro parę mlecznych barów ma się nieźle (choć towarzystwo nie takie, co w City albo Shoreditch ;)), na czele ze słynną Mewą na Dubois. Mewa to miejsce, gdzie pół godziny przed tym, jak o 12 rzucą ruskie (cena za porcję jakoś w okolicach trójki chyba, licząc kefir i skwareczki), ustawia się po nie osobna (sic!) kolejka. I tychże ruskich w kolejne pół godziny już nie ma.
    Parę przyzwoitych pseudochińczyków i kebabów też się znajdzie, choć mojego ulubionego kebaba na Rynku – gdzie dawali świetnego wołowego z ostrym – już nie ma.

    Po prostu musisz, Chimku, jak wspomniałeś na fejsbuniu, znaleźć jakiegoś inwestora i otworzyć sieć GarKuchni Cynicznych 😉

    • To coś jak Hutnik w KRK – po 13 nie było szans na krokiety z grzybami i serem…

  • W Krk podobno jest ciężarówka z kiełbaskami, nocą pojawia się koło Hali Mirowskiej, karmi biednych konwentowiczów.

    A przy następnej okazji pobytu w Londynie zajrzyj proszę do Leona i powiedz, co myślisz o takiej formie fast foodu.