Sobotnie Gumbo

cajun gumbo

Z tym naszym Gumbo to trochę było tak, że bardziej – niby „po bożemu” – do Barona Soboty pasowałoby kreolskie, a my robiliśmy cajun. Ale to nieprawda. Kreolskie to takie ęą miejskie i w ogóle wypas, cajun to kuchnia wiejska, czarna, na poły afrykańska przecież. I tu akurat wierzenia z tamtych stron pasują doskonale.

 

Historia z Gumbo wzięła się stąd, że kiedyś ze znajomymi mieliśmy robić sobie nasiadówkę u mnie i miałem przygotować jakąś rzecz z kuchni cajun albo kreolskiej. I tak jakoś pomysł sobie kisł, bo przecież spotkać się w Warszawie to trzysta lat naprzód trzeba rezerwować termin. Ale ale, w końcu jakoś dziwnym trafem Aili, która miała przyjść na nasiadówkę się nudziła była i zaprosiła do siebie. I dlatego poniższy przepis to kolaboracja w składzie Papa Chimek, Mama Aili i Mama Elwinga. Bonusowo przychylnym okiem spojrzał sam Baron Sobota (bo i danie robiliśmy w sobotnią noc!) oraz różne inne Loa, dzięki którym wyszło pyszne, a i nawet zadziałało jak u ruskiego zegarmistrza – jeden zegarek rozłożył, złożył z powrotem trzy i jeszcze zostało części.

 

Korzystaliśmy z przepisu, który wygrzebałem w stosunkowo starej amerykańskiej książce kucharskiej. Stosunkowo starej, czyli dziewiętnastowiecznej. Amerykanie ze starszymi niż wiek XVIII mieliby jednak problem… 😉 Gumbo owo jest bardzo proste w sensie składnikowym. Można je udziwniać na tysiące sposobów, miałem nawet dołożyć kiełbasy czy innego mięcha (nawet kupiłem!), ale po krótkiej rozmowie z Loa stwierdziłem, że powinniśmy postawić na podstawę i prostotę. To gumbo jest zatem zbudowane wyłącznie na tzw. „świętej trójcy”, czyli cebuli, selerze naciowym i zielonej papryce.

 

A więc – czegóż nam trzeba?

 

noga (cała, niektórzy nazywają to ćwiartką) z kuraka – 2 szt.

pierś z kuraka – 1 szt.

mąka

masło

cebula

seler naciowy

zielona papryka

czosnek

puszka pomidorów

ostry sos chili (tu użyliśmy, ekhm, czegoś co się zwało „Ass Blaster”…)

sos Worcestershire

sól

pieprz

pieprz kajeński

woda

I jedziemy:

 

Zanim zjedzie na miejsce Papa Chimek, Mama Aili robi rosół z kuraka. Zalewa się zatem dwie nogi z kuraka wodą tak, by go przykryć i „szumi” tylko lekko (nie gotuje, jak to rosół…), aż kurak będzie miękki. Nasz był miękki aż nadto, bo się zagadaliśmy, jak już przyjechałem…

 

Gdy się rosół robi, wszyscy robią tzw. prep, czyli kroją warzywa. Cebulę w piórka, zieloną paprykę w kostkę (Papa Chimek i Mama Elwinga mają różne metody krojenia papryki), a seler w kawałki.

 

Następnie się rosół przelewa, kuraka wyjmuje. Kuraka rozrywa na kawałeczki Mama Elwinga, zaś Papa Chimek, mrucząc zaklęcia Vodou, rozprowadza na maśle mąkę i robi zasmażkę. Zasmażka ma być ciemna wielce. Na to wrzuca się cebulę, seler i paprykę i dusi moment albo dwa – nie więcej niż 5 minut. Mama Elwinga w tym czasie sieka jeszcze czosnek. Pod koniec podduszania warzyw dodaje się Worcestershire, Ass Blastera ;), czosnek, sól i pieprze. Następnie dodaje się kuraka i smażo-dusi kolejne 5 minut.

 

Zlewa się nadmiar zasmażki do osobnej patelni, natomiast główne danie przelewa do większego gara (jeśli ten nie styknie), zalewa rosołem i dorzuca pomidory. Gotujemy niby z godzinę, ale tak naprawdę baczyć trzeba, kiedy zielona papryka będzie już miękka i słabo stawać na zębie (ale nie zrobi się ciapowata). Gdyby się okazało, jak u nas, że Loa wyjątkowo przychylne i tego esencjonalnego płynu jest naprawdę sporo, zlewa się go do osobnego garnka i potem np. doda kukurydzy i jest już pyszna zupka american style.

 

Pod koniec gotowania smaży się szybko pokrojoną w kostkę pierś kurczaka, dodaje do głównego dania i chwilę miesza.

 

Gotowe, podawać na gorącym ryżu, a potem zapijać rumem i gadać o różnych sprawach do piątej rano. 😉

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...