Myśli rozczochrane #1 – gastrosentymenty na myślostradzie

kc logoW trakcie klikania na Youtube trafiam na ten oto utwór.

Seria elektrochemicznych impulsów. 2003. Działkowa. Mój wielki polonistyczny przyjaciel, PiOł mówi „Zobacz, jakiś zespół znalazłem, śmiesznie się nazywa – Białe Paski”. Siedzę w rozwalającym się fotelu na piętrze jego domu. Pijemy herbatę, mit zitron und zucker. Potem wyjdziemy zapalić po „Fajrancie” na balkon, który balkonem nie jest. Potem zjemy tosty, albo – jeśli zastanie nas wieczór – coś, co upiecze macierz PiOł, wielka mistrzyni cukiernictwa. Czuję się dobrze.

Niby nic wielkiego, a człowiek zapada się od razu w świecie wspomnień.

 

 

Za każdym razem kiedy zjawiam się w Krakowie, wysiadam na dworcu i idę spacerem (Kraków to nie miejsce na pośpiech) w stronę rynku, gdy dochodzę do Placu Wszystkich Świętych, leci mi ślinka bo zjadłbym kebaba tam poniżej, na Franciszkańskiej. Takiego plebejsko-studenckiego, za sześć zeta, z masą zeskrobin z kurczaka, ociekających aromatycznym tłuszczem. Siadam w myślach na Plantach, naprzeciwko filharmonii, zaraz przy pomniku i fontannie w jednym, która to rzecz składa się z kilku strzykających wodą penisów. Tak naprawdę to fortepian Chopina, ale do zrozumienia tego przebiegłego zamiaru artystki trzeba sporej ilości środków psychoaktywnych zakazanych przez polskie prawo. Wieje lekki wiatr. Złota polska jesień.

 

Gdybym, w tym samym Krakowie, poszedł nieco wyżej, w okolice dawnego miejsca studiów, od razu w głowie kołacze się pasta paprykowa, która wypala mi mordę. Zaraz za nią idzie w „Szabli i Szklance” bogracz, wyżerany w szybkim, pijackim tempie, między piwem siódmym a dziewiątym. Wychodzimy w jesienny chłód, na Grodzką. A więc Pezet i jego żona. A jak oni to i golonka w jakimś hotelu, którego pamięć zatarta jest przez potworne ilości piwa wypijane pod ten wielki, soczysty kawał mięcha. Nigdy nie pijcie z policjantami. Koszmar.

 

Kielecki dworzec kolejowy. Niezależnie od tego czy jestem głodny czy nie, zjadam cheeseburgera z dworcowego baru. Kotlet-podeszwa, masa kiszonej kapusty, tani keczup i inne dodatki podejrzanej proweniencji, ale mam to gdzieś. Kolejowy w Kielcach to cheeseburger. W przeciwieństwie do kebabu na Grodzkiej, bar nadal istnieje i jedzenie jest tak samo parszywe. Ale za każdym razem, gdy wychodzę ze śmierdzącego tunelu na halę, muszę zjeść. Cheeseburger kielecki towarzyszył mi przez lata, w chwilach największych wzlotów i dramatycznych upadków. Bywał często jak ostatni posiłek straceńca, typowy comfort food, esencja zakotwiczenia się w jakimś miejscu.

 

Whisky Grant’s. Tym razem w drugą stronę. Niezależnie od tego kiedy, gdzie, jak i po co otworzyłbym Grant’s, znów przenoszę sie do Krakowa, w ciasne i duszne mieszkanko kolegi, gdzie z moją rówieśniczką rozpijamy butelkę na dwoje przy akompaniamencie „Saucerful of Secrets” Floydów i „While my guitar gently weeps” Beatlesów. Choruję później i rzygam tym Grant’sem jak mały kociak, ale co z tego – dziś, gdy sączę sobie kieliszek tego dość pospolitego blenda przeskakuje impuls i znów jestem w jednym z bardziej przyjemnych i intensywnych wspomnień na przestrzeni trzydziestu lat na niebieskiej planecie.

 

Za każdym razem kiedy otwieram cokolwiek Julii Child, albo w ogóle słyszę to nazwisko – konsorcjum Zwierza.  Żarty z szezlongu w holu apartamentowca, gdzie mieszka znajoma, ubrania a la menel. Wielki stół, coś tam się dzieje (przyniosłem wtedy chyba śliwki z boczkiem, które stały się przyczynkiem inside joke o mnie jako blogerce kulinarnej), dostaję wołowinę, próbuję i gdy miękkie mięso z winnym sosem rozlewa się po języku, mam cichutki gastroorgazm. 

 

A Łódź z kolei, gdy mi ktoś wypowie to słowo na głos, to tarta i herbata. Łódź to miasto dla mnie takie, jak Kielce w wierszu Witkacego. W życiu bym tam z własnej woli nie pojechał, gdyby nie przyjaciele. Tu akurat przyjaciółka. Senne jesienne popołudnie, tarta, plomby na Piotrkowskiej, tarta w jakimś pasażyku. Nie jakaś genialna, nie wyborna, rewelacyjna nie jest, ale pyk!, od razu człowiek jest w konkretnym miejscu, kontekście i sytuacji. I leniwa herbata, z tą samą przyjaciółką albo branżowym kolegą. Herbata w tym samym miejscu zresztą, ciasno i z dulszczyzną zaprojektowanej herbaciarni.

 

Można tak bez końca. To nie jest wpis, w którym oświecam ludzkość jakimiś antysystemowymi teoriami. Zaczyna się jesień, w sam raz na spadające liście i sentymentalnego pierdołę, który czasem zanurzy się w asocjacjach. A raptem kliknął jedną małą durnotkę na jutubie.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...