Chicago style death dish pizza (oraz standardowe, nikomu niepotrzebne ględzenie nie na temat)

chicago style death pizza Chicago pizza, deep dish pizza czy jak ją inaczej zwać – w każdym razie, pizza wymyślona w Chicago w pizzerii Uno w latach 40. nigdy za mną nie chodziła. Nie tak jak różne rzeczy, które opisywałem ostatnio. Ale kiedy antycypowałem Śmierć (hehe) w serialu „Supernatural” i oglądałem sobie na Youtube clipy z co ciekawszymi scenami, w zrozumiały sposób pizza ta pojawiła się w polu widzenia. Co więc potem? Dzień tzw. riserczu i jedziemy. Oficjalnie przybijam znaczek „najbardziej upierdliwa pizza ever”. A konkretnie ciasto, ale o tym za chwilę. Porozmawiajmy o śmierci…*

 

Sami przyznacie, że jest coś urzekającego, poza Wielką Tajemnicą, w samej śmierci. Od kiedy człowiek stworzył pierwsze rytuały religijne jest tylko jedna siła, która wciąż istnieje wraz ze Światem i nie jest to żaden z bogó. Tak zupełnie pierwszym rytuałem religijnym jest zresztą grzebanie zmarłych. Oh wait… Zmarłych? 😉 Gdy pojawiają się w naszej mentalności bogowie, wiążemy ich na początku z siłami natury – z tym czego kontrolować się nie da, a co wiele mileniów później zostanie nazwane locus horridus. Choć „Natura to kościół Szatana” z filmu „Antychryst” Larsa von Triera świetnie nadaje się jako plakatowy one-liner, nie jest to zdanie obliczone na szokowanie widza (w przeciwieństwie do reszty filmu ;)). Człowiek nie od dziś jest maniakiem kontrolowania swojego otoczenia. Gdy tylko w pierwszym domostwie pojawił się ogień, ten kto go zapalił wpadł w sam środek powiedzonka „apetyt rośnie w miarę jedzenia”.

 

O ile sam fakt istnienia czegoś takiego jak medycznie stwierdzenie wyłączenia wtyczki w pniu mózgu może nieco nas dołuje (poza podatkami), to już kultura która narosła wokół faktu istnienia śmierci jest jednym z najpiękniejszych przykładów na to jak można radzić sobie z rzeczywistością i jak próbuje się ją zaklinać. Od razu przyznaję się bez bicia – jestem zdecydowanie większym zwolennikiem średniowiecznego, chrześcijańskiego poglądu na śmierć, niż obecnego. No, może poza popkulturą – ale pokusiłbym się o stwierdzenie, że takie komediowe teksty jak Polikarp to też w sumie trochę taka popkultura, tylko pięć wieków temu. 😉 A dlaczego wolę średniowiecze?

 

Nasza Śmierć – bo o Śmierci w ogóle nie da się napisać książki, nie ma tyle drzew na ziemi, zresztą lubię drzewa** – jest zresztą o tyle unikalna, że to kobitka. 😉 W większości wierzeń znanego nam świata cokolwiek jest Śmiercią, jest facetem. Słowianie, a później mutujący te wierzenia chrześcijanie są jednak za równouprawnieniem i tak oto możemy szczycić się kobiecą wersją kosiarza. Sam wizerunek Śmierci to też w ogóle cała epopeja, ale ja zawsze żartobliwie dzielę go na dwa okresy (mowa już o chrześcijańskiej Polsce) – przed i po XIV wieku. Jak przez Europę przeszła Czarna – hehe – Śmierć, czyli Dżuma*** nagle ze szkieletu zrobiła się gnijąca babeczka. Trudno się nie dziwić – oswajanie ze śmiercią (z góry skazane na porażkę, ale dzięki średniowiecznym autorom za ich porywające i przepiękne próby) trwa mniej więcej tak długo jak istnieje człowiek, a jak najlepiej oswoić nas z czymś? Wprowadzając bliską nam asocjację. 

 

Żebym was kompletnie nie zanudził, bo czuję, że powoli przeciągam strun, tylko jedna rzecz. Moje kulturowe zainteresowania zainteresowaniami, ale w sumie my tu też gotujemy… 😉 Dlaczego wolę oglądać średniowieczne ryciny i czytać zakurzone księgi o Śmierci? Bo mimo wywoływania oczywistego strachu był tam miły dodatek konsolacji. Nie tej w postaci „pójdziesz do nieba, jak będziesz grzecznym Chimkiem” – to zupełnie inna strona książki. Śmierć jest ostateczną granicą. Nikt jej nie pokona, żaden rycerz koniec końców nie zdoła jej oszukać. Porwie w taniec każdego – króla i żebraka. W kawałku, który leci na UW w każde południe 😉 jest taka zwrotka „Vita nostra brevis est/ brefi finietur/ venit mors velociter/ rapid nos atrociter/ nemini parcetur”****. Inne zacierają mi się w pamięci, a ta perfidnie pozostaje.

 

Rany, ale się rozgaduję. Czemu wolę stare? Bo, nie wiem jak wy to widzicie, ale gdzieś zabrakło rodziców i obecnie wmawia się ludziom, że powinni żyć jak najdłużej, że pokonamy naturę, zabawimy się w bogów, że nie powinniśmy ustawać w pędzie ku nieśmiertelności albo przynajmniej przedłużania swego czasu na tyle, na ile się da. Sami wytrącamy się z naturalnego biegu natury, robimy to na własne życzenie i używamy do tego zaklęć produkowanych przez koncerny farmaceutyczne. A gdy przychodzi ten przykry moment, że walimy w pieluchy albo szukamy… tego tam Niemca… co chodzi po domu, nagle pojawia się strach. Czy uważam, że wcześniej go nie było? Skądże. Ale próby oswajania były podejmowane od tej lepszej strony. Ars bene moriendi nie było „jak nie umrzeć”, tylko „jak umrzeć godnie”. Zdaje mi się, że ostatnio się o tym zapomina…

 

Być może dlatego Śmierć w zwykłym, amerykańskim serialu „Supernatural” tak mnie zachwyciła. Mimo, że to niby popkulturowa „marchewka” i wielu osobom spodoba się ze względu na ogólną, excusez le mot, zajebistość aktora i wizualne aspekty tej postaci, to w tej kreacji kryje się zapomniana od dawna wielka prawda. W pierwszym jej spotkaniu z głównym bohaterem, mówi Śmierć, że jest tak stara jak Bóg, ale koniec końców i jego zetnie swoją kosą. Bo wszystko umiera. 

 

Aaaale zanim zajrzymy w oko Wielkiej Tajemnicy, czas na pizzę, bo już wystarczająco długo ględziłem na tematy nie związane prawie w ogóle z żarciem. Strawa dla ciała. Standardowo, bo to się robi klasyczne, porcja wskazówek:

 

Wskazówki:

– to jest czasochłonne danie, dajcie sobie wolne popołudnie 😉

– w „oryginalnej” wersji pierwszym składnikiem są włoskie kiełbaski, które odzieramy z osłonek i rozprowadzamy na pizzy. Niestety obleciałem różne sklepy i kiełbasek nie znalazłem, stąd chorizo, które ma mocno charakterystyczny smak, a ładnie się rozprowadzi po upieczeniu.

– dlaczego kasza kukurydziana? Głównie dla koloru, ale i lekkiej zmiany struktury ciasta. No i dlaczego kasza a nie mąka? Bo „cornmeal” to nie mąka, a kasza. Proste. 😛

 

Do dzieła!

 

Czego nam trzeba?

na ciasto:

ok. 350 g mąki pszennej

ok. 40-50 g kaszki kukurydzianej (im mniejsza tym lepiej)

ok. 1/4 kostki masła, roztopione

masło jako takie do smarowania

30 g drożdży

1/2 łyżeczki cukru

niepełny kubek ciepłej wody

oliwa z oliwek

na farsz:

mozzarella – ale kupcie nie tę z zalewy, tylko taką bardziej zwartą, mniej wody puści

chorizo 

grana padano (jakoś mi bardziej wchodzi niż parmezan ;))

1 średnia cebula (albo dwie małe)

ok. 200 g pieczarek

na sos:

puszka krojonych pomidorów

bazylia

4-5 ząbków czosnku

 

I jedziemy:

Nastawiamy zaczyn. Do kubka z ciepłą wodą wkruszamy drożdże, dodajemy cukier, mieszamy, zostawiamy na kwadrans.

 

Rozpuszczamy masło w rondelku.

 

Teraz ciasto. Do michy wsypujemy obie mąki, szczyptę soli, wlewamy masło, rozcieramy szybko, potem dolewamy zaczyn. Jak zwykle – nie lejcie całego zaczynu od razu, dobrze wam radzę. Lepiej dać mniej, niż za dużo i potem się martwić. Zagniatamy ciasto aż będzie całkowicie odłazić od łapska i stanie się lekkie i błyszczące. Smarujemy je oliwą i odstawiamy na godzinę w ciepłe miejsce, niech sobie rośnie.

 

W tym czasie sos i farsz. Rozgrzewamy dwie patelnie. Na jednej szklimy posiekany czosnek i wlewamy doń pomidory z puszki. Na drugiej szklimy i brązowimy lekko osoloną cebulę, do której potem dorzucamy pokrojone w plasterki pieczarki. Gdy sos zacznie się redukować, doprawiamy bazylią. Redukujemy aż do momentu odparowania całej „pomidorowej wody”. Ma być gęsty, jak taka bardzo gęsta passata, jak powietrze w ten upalny dzień ;), w żadnym wypadku jakaś woda. Dopiero wtedy gasimy. Gdy pieczarki i cebula będą dobrze zrobione, gasimy. 

I nie myślcie że to już.

 

Wyjmujemy ciasto, czas na wałkowanie. Dzięki kaszce nie będzie się tak strasznie kleić. Wałkujemy na prostokąt i robimy teraz trochę jak z „francuzem”. Smarujemy nasz prostokąt masłem, po czym zawijamy go w rulonik, tak jakbyśmy zawijali kartkę papieru. Następnie składamy brzegi rulonu do środka, by znowu powstała kula. Odkładamy ją, tym razem nie w ciepłe miejsce, a raczej chłodniejsze, na jakieś 20-30 minut.

 

Po tym czasie (spędzonym na fejsie) wyjmujemy ciasto, znów je wałkujemy – tym razem na okrąg. Taki, no cóż, większy od naszej tortownicy. Chodzi wszak o to by pizza wyglądała jak ciasto (pie) albo jak kto woli – tarta. Wykładamy ciasto na wysmarowaną tłuszczem tortownicę, oblepiamy boki i następuje położenie składników.

 

Rozgrzewamy piekarnik do 220 C.

 

Na sam spód idzie pokrojona w plastry mozzarella. Obklejcie dno dokładnie, opłaci się. 😉 Potem plasterki chorizo. Następnie pieczarki i cebula. Na koniec pokrywamy to wszystko warstwą sosu pomidorowego i posypujemy tartym ad hoc grana padano. 

 

Wkładamy tortownicę z pizzą do piekarnika. Pieczemy ok. 30 minut. Poznacie kiedy ciasto będzie dobre – brzegi się mocno zezłocą.

 

Wyjmujemy pizzę, czekamy aż „się ustoi” i lekko przestygnie, kroimy, nakładamy, robimy hipstafotkę, zapuszczamy kawałek „O Death” i wtryniamy.

Rany boskie, jakie to dobre.

*przyznacie – brzmi jak kowadło 😉

**najbardziej lubię sosny, zresztą… Losowa ciekawostka na dziś: najstarsze drzewo na ziemi to właśnie sosna, Pinus longaeva, jest gdzieś w Kalifornii i ma około pięciu tysięcy lat. Nie wiadomo dokładnie gdzie; jej dokładne położenie objęte jest tajemnicą (a jest tam sporo tych nagich sosen ;)), ponieważ władze rezerwatu bardzo tego pilnują. Dlaczego? No cóż, kiedy ludzie dowiadują się, że jest coś tak ekstremalnie starego, natychmiast chcą to spalić. To nie żart.

***przypominam nowym fanom mojej małej, szylkretowej kotki Paciapoła, że Paciapoł w papierach nie ma „Paciapoł” a „Yersinia Pestis” 😛

**** kto łaciny nie zna: Życie nasze trwa krótko/ szybko się skończy/ ochoczo nadejdzie Śmierć/ porywa nas okrutnie/ nikogo nie oszczędzi. 😉

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • Megana

    Osobiście jesteś fanką Śmiercia u Pratchetta, ale to chyba nic oryginalnego. Serio, warto poświęcić popołudnie? I dlaczego tę mozzarellę trzeba tak dokładnie?

    Kiełbaski olewam.

    • Bo całe dno będzie pokryte wtedy równym pasem lekko ciągnącego się sera. ;> Warto poświęcić popołudnie, tzn. mi zeszło ok. 2,5h na całość. Ale wiesz – połowa czasu jest czekaniem na wyrośnięcie ciasta… Po prostu nie da się zrobić tego „na szybko”.