Nuklearne chili con carne

nuklearne chili con carne Z chili con carne jest podobnie jak z wieloma „sztandarowymi” potrawami danego regionu czy kraju. Każdy ma swoją wersję, każdy uważa, że ta jego jest jedyna, a reszta to badziew. Ba, podobnie jak z włoską pizzą istnieje specjalna organizacja, która czuwa nad chili con carne i wydaje ekhm, bulle, co można dodać, a czego dodać nie można do tego – było nie było – niezwykle prostego dania.

 

Chili con carne to ten typ potrawy, którego mi u nas brakuje. Nie w sensie smaku, tworzenia, tylko całej otoczki. Ok, są w Polsce „dni pieroga” gdzie na scenie skacze Doda czy inna równie porywająca „gwiazda”, są restauracje dedykowane, czyli naleśnikarnie bądź pierogarnie. Ale nie ma czegoś, co w USA nazywa się „cook-off”. Cook-off czyli lokalna społeczność zbiera się i masowo gotuje takie chili (to najpopularniejsza potrawa w cook-offs), po czym specjalne jury ocenia, które chili jest najlepsze.

 

U nas powoli tworzy się ruch „restauracja na wieczór”, gdzie sprasza się bandę ludzi, którzy płacą jakieś minimalne wpisowe (za składniki), a dany kuchcik czy kucharka gotuje dla tych dziesięciu czy piętnastu gości, najlepiej nieznajomych i wszyscy mają fajny wieczór. Jak najbardziej chwalebne, ale mimo wszystko brakuje mi czegoś, co na mocno plemiennym poziomie spaja ludzi. Tak jak właśnie robią to „cook-offs”. Może to nieco dziwne z mojej strony, wszak mizantropia toczy ropę w to, co znajduje się w worku osierdziowym ;), ale najfajniej jest wtedy, kiedy ludzie spajają się i poznają przy okazji tworzenia małych społeczności. Dlatego też uważam, że państwo jako takie to potworny nowotwór na społeczeństwie (o rodowodzie zresztą nie dalej jak trzystuletnim), bo prawdziwa siła drzemie w małych społecznościach, plemionach, których wektor działania idzie w tym samym kierunku, które wspierają się w ramach małego terytorium geograficznego, i które w razie czego plują tytoniem oraz strzelają do zbyt głośno hałasujących przyjezdnych ciuli z Północy. 😉

 

Tym żartobliwym wtrętem dochodzimy do pochodzenia chili con carne – to danie amerykańskiego Południa. I to takiego, jak Ameryka Północna szeroka. Szczerze mówiąc, wczoraj grzebałem chyba pół nocy po różnych amerykańskich stronkach i książkach w poszukiwaniu jakiejś fajnej potrawy ze stanu Mississippi. Dlaczego? Noo… Uwielbiam Williama Faulknera, ot co. W końcu się poddałem, chociaż i tak dowiedziałem się masy ciekawostek wcześniej mi nieznanych – jak choćby tego, że muszę kiedyś dorwać jakiegoś suma na targu, bo Mississippi słynie z sumowatych, a więc jeśli miałbym ukręcić jakieś żarełko nie będące kurczakiem, kukurydzą czy zielonym groszkiem, to powinien być to sum.

 

Ale ale – Faulkner na bok, w końcu się poddałem i przypomniałem sobie, że chciałem zrobić kiedyś chili con carne. Nigdy nie robiłem z jednego prostego powodu – to danie dość ostre (a ponoć im ostrzejsze tym lepiej), w dodatku składające się głównie z mięsa, więc w przypadku karmienia Ludu – totalnie odpada.

 

Po pierwszej godzinie czytania o chili con carne (czyli po naszemu „chili z mięchem”) wiedziałem już, że nie ma sensu dociekać „które było pierwsze”, bo podobnie jak z wieloma potrawami, same pierwociny chili giną w pomroce dziejów. Na przepis-bazę wybrałem słynne Pedernales chili. Przepis – tu sprawa jest bardzo ciekawa – jest autorstwa Lyndona B. Johnsona, trzydziestego szóstego prezydenta USA. Nazwa pochodzi od jego rancza, zaś sam skład – wyobrazić sobie proszę, dość oryginalny – to mutacja zdrowotna! No i widzicie! Połączycie przyjemne z pożytecznym. 😉 Przepis stał się sławny głównie dzięki Pierwszej Damie, czyli Claudii „Lady Bird” Johnson, która oddała go do druku i w ramach swojej pozycji dystrybuowała społeczeństwu (ponoć było wiele próśb do Białego Domu, by podzielili się tym przepisem).

 

Lyndon B. Johnson jest też autorem świetnego tekstu o tym, jak chili poza Teksasem to dupa blada, nie chili i pierwsze co robi jak wraca w rodzinne strony, to serwuje sobie „bowl of red”, czyli michę chili z mięsem.

 

Ot, i cała historia – przejdźmy powoli do przepisu, bo a nuż was zanudzę historycznymi pierdółkami.

 

Moja mutacja mutacji polega na podniesieniu ostrości głównie poprzez podanie świeżych ostrych papryczek czerwonych i zielonego jalapeno. Nie satysfakcjonuje mnie wyłącznie wypalanie mordy za pomocą tzw. pieprzu kajeńskiego. Świeże papryczki to je ono, a jalapenos mają ten swój charakterystyczny szlif, gdzie po wypaleniu mordy zostaje cudowny, lekko orzeźwiający posmak. Jalapeno zresztą jest fajnie zdradliwe, gdyż po pierwszym „resecie” na kubkach smakowych i tym kwaskowym posmaku przychodzi druga fala, uderzeniowa. A połączcie to ze sporą ilością świeżej ostrej papryczki plus proszkiem kajeńskim i  bombę „CAR” mamy jak ta lala.

 

Wskazówki?

– podczas krojenia ostrych papryczek, dotykania ich, dotykania deski za ich pomocą, CZEGOKOLWIEK, po całym procesie krojenia myjecie deskę, myjecie dłonie, sprawdzacie czy nie ma jakiejś pierdółki, co wam przypadkiem upadła (zwłaszcza jeśli macie zwierzaki w domu). Jakkolwiek idiotycznie by to nie zabrzmiało, z papryką nie ma żartów. 😉 Jeśli ktoś mi nie wierzy, niech sobie potrze oko, cokolwiek – jak się wam kapsaicyna dostanie w okolice śluzówki, nie zazdroszczę. Been there, done that. Teraz jestem bardzo uważny.

– kmin rzymski to nie kminek. Tak, większość o tym wie, ale lepiej napisać tysiąc razy. Kmin rzymski (zwany „kuminem”) to zupełnie inna roślina – poznacie ją po charakterystycznym zapachu, który to zapach moja znajoma określa jako „niedomyta pacha” ;). Kmin rzymski jest bardzo smaczny i jeśli kiedykolwiek jedliście coś indyjskiego od razu znacie jego aromat i smak 😉

Do dzieła!

 

Czego nam trzeba?

wołowina, zmielona – ok. 300 g

pomidory z puszki – 1 i 1/2, ew. 2 puszki

cebula – 2 małe lub 1 duża

czosnek – 3-4 ząbki

papryczka ostra – 2 małe lub 1 duża

papryczka jalapeno – miałem ze słoika, więc dodałem tyle by z plastrów zrobić dwie średniej wielkości 😉

pieprz kajeński – łyżka

kmin rzymski – łyżka (ziarenek ofkoz…)

oregano – łyżeczka

nieco soli

olej do smażenia (u mnie jak zwykle – pestki winogron)

kwaśna śmietana

Uwaga! podaję wam ilości przy których dopiero przekraczacie masę krytyczną – jeśli ktoś lubi naprawdę hot-hot, zwiększa tonaż 😉

 

I jedziemy:

Dzwonicie na 112, żeby w razie czego dać fory strażakom i tak dalej.

 

Siekacie cebulę i czosnek. Na patelni rozgrzewacie nieco oleju. Cebulę lekko solicie, szklicie, potem dorzucacie czosnek. I mięso. Mięso smażycie dopóki nie będzie jasnobrązowe.

 

W międzyczasie kroicie w paski świeżą papryczkę ostrą, lekko tłuczecie w moździerzu kmin rzymski i szykujecie obok jalapeno. Wasze zwierzęta uciekają z domu.

 

Gdy mięso będzie podsmażone, przekładacie je do garnka i wstawiacie na mały ogień (tak jak w kuchni węgierskiej – aby pyrkało). Dorzucacie szybko pomidory. Mieszacie. Dorzucacie ostrą papryczkę. Sąsiedzi uciekają z bloku.

 

Po chwili dokładacie kmin rzymski i oregano. Mieszacie porządnie. Czas na pieprz kajeński (w oryginale to hot red sauce; you get the point ;)). Ja dodałem dwie łyżki i mniej więcej wtedy zaczęły wyć alarmy samochodowe na całym osiedlu. Policja wciąż ewakuuje okoliczną ludność.

 

Mieszacie i próbujecie.

 

Dokładacie po namyśle jeszcze jedną łyżeczkę kajeńskiego. Przez Ochotę toczy się przepiękne wycie syreny, w takt alarmu nuklearnego.

 

Gotujecie, tzn. pyrkacie 😉 około pół godziny, może czterdzieści minut i czas na uruchomienie reakcji łańcuchowej – dokładacie plasterki jalapeno (nie rozwalą się całkiem, a będą rozłazić się w pyszczku).

 

Wyglądacie za okno. Jest pusto. Nie słychać już dzieciaków grających w piłkę, która raz po raz tłucze o maski samochodów. Znikły, wraz z dresiarzami, lolitki przesiadujące pod oknami na nieletnim piwku i okazjonalnym, wieczornym fellatio. Nawet meneli już nie ma. Cisza. Pustka. Buddyjskie Ku. Tylko delikatny, popołudniowy wiatr w ciepłych promieniach zachodzącego słońca toczy po chodniku kępkę kwiatów topoli. Syrena cichnie. Czujecie się jak Cillian Murphy w pierwszych scenach „28 dni później”. 

 

Wąchacie chili. Rany boskie. To nawet pachnie w taki sposób, że przesuwa wam się, wraz ze spalonymi włosami, tzw. linia czoła. Sumarycznie po godzinie – gasicie.

 

Nakładacie chili do miseczki, kładziecie kilka kleksów kwaśnej śmietany (dla podkreślenia smaku i rozpuszczenia kapsaicyny, just in case ;)). Robicie hipstafotkę. Siadacie w fotelu patrząc na zachodzące nad opustoszałym miastem słońce. Jesteście teraz jak bohater „Jestem legendą” Mathesona, jak ostatni człowiek na ziemi. Przypominacie sobie, z kolejną falą cudownych płomieni i orzeźwienia w pyszczku, wiersz Byrona „Ciemność”. Nadchodzi mrok.

The winds were withered in the stagnant air,
And the clouds perish’d; Darkness had no need
Of aid from them–She was the Universe.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • Wojciech Kopeć

    Spotkałem się z opiniami jakoby warto próbować przełamać ostrość gorzką czekoladą, ale lenistwo uniemożliwiło mi zagłębienie się w uczone księgi 😉 natrafiłeś być może na coś takiego podczas ‚riserczu’?

    • Nie, ale po co przełamywać ostrość? 😉 Tzn. ja tę ostrość przełamuję na zasadzie „putting out fire with gasoline” – za pomocą jalapeno, które są znacznie mniej ostre, a orzeźwiają. Na samym pieprzu kajeńskim i chili pewnie wypaliłoby mordę do cna. A tak – pali, orzeźwia, pali drugi raz. 😀

      No i w ramach chłodzenia reaktora 😉 jest właśnie kwaśna śmietana – czekolada średnio mi na razie wchodzi w takiej ciapie. Gdyby to był kawał mięsa, to wtedy już można pomyśleć nad stosownym sosem. ;>

    • Eley Triste

      A propos modyfikacji. Jako że należę do rzadkiego rodzaju ludzi, który kumin lubią jeszcze bardziej niż chilli (wiem, trudno w to uwierzyć), podzielę się radą płynącą z wieloletniego (tiaaaa) doświadczenia w tej materii.
      Jeśli kupujesz od razu większą ilość kuminu (np. w Namaste – za paczkę 6 czy 9 zł), dobrze jest niewielką porcję uprażyć i popastwić się nad nim w moździerzu. Taką porcję wsypujemy do pojemniczka i trzymamy nie dłużej niż przez tydzień. Różnica między kuminem świeżym i rozgniecionym a kuminem prażonym i rozgniecionym jest jak… nie wiem, jak między pospieszną masturbacją w toalecie a wyuzdanym seksem przez całą noc.

      • Do indyjskich ciap prażę kmin, tak samo jak kolendrę i właściwie wszystko, co da się uprażyć, bo też jestem zwolennikiem drugiej części tego porównania. 😛 Tutaj zostawiłem kmin jak jest, bo tak było w starych chili-przepisach i nie chciałem tego akurat zmieniać (po uprażeniu za bardzo waliłby mi indyjskim daniem ;)).

  • Megana

    O borzeborze, toż to czysta poezja, nie przepis. A historyczne pierdółki są najlepsze.

    Powinieneś pomyśleć o jakimś dziele zbiorowym – typu „Żarłoczne gawędy Chimka z historią w tle” – czy coś w tym rodzaju.

    • Taaa ciekawe tylko kto by to wydał. ;p

  • fyfciu

    Najpierw dokładnie przeczytałem poetycki opis zagłady okolicy przez stosowanie przypraw. Wstrząsnął mną. Następnie zakupiłem składniki i ugotowałem w domu ten napalm. Też lubię koty, też mam 4 szt i papugę, ale widocznie już przystosowane do życia na słońcu, bo nie zareagowały na schodzącą emalię z garnka.
    Z przykrością stwierdzam, że w mojej skali ostrości to danie ledwo niedzielnego rosołku sięga. Ale ja się nie znam, ja mam zachwianą skalę pikantności, jalapeno jak truskawki na śniadanie jadam a piripiri to przekąska do wódeczki.