Urbs aeterna, czyli rzecz o Rzymie

Postawmy sprawę jasno. To nie tak, że ja sobie urządziłem trip do Rzymu „for shits and giggles”*. Zostałem tam oddelegowany w ramach pracy, którą wykonuję na co dzień. Ale z racji, że po pierwsze warto łączyć przyjemne z pożytecznym (czego dowodem jest i moja praca i choćby ten blog), gdy okazało się, że jedno popołudnie mamy w całości wolne, dzielnie, we czterech – ja wraz z trzema kolegami-dziennikarzami – ruszyliśmy do centrum. Bo to jednak strasznie słabe, zamiast zwiedzić jakieś miejsce, siedzieć i grzać dupę w pokoju.

pite

Jak widać, nigdzie w cieniu nie czai się dziarski policjant…

Przede wszystkim była to dość ciekawa „wycieczka krajoznawcza”, z której wynotowałem kilka niezwykle istotnych faktów (do jedzenia przejdziemy za chwilę, cierpliwości). Po pierwsze, Włosi wcale nie są tacy wrzaskliwi jak się ich stereotypowo pokazuje. Nie machają non stop rękoma, nie krzyczą „MI SCUSI!” i nie robią tego charakterystycznego gestu prawą ręką, dzięki któremu – jak to zażartował dziennikarz z Niemiec – „propel themselves forward”.

 

Jest znacznie, znacznie gorzej. Albo lepiej, zależy jak na to patrzeć. Ja mieszkałem w trzech miastach – Kielcach, bo to miejsce urodzenia, Krakowie, bo filozofia, Warszawie do dziś bo praca i generalnie fajnie jest. Kraków nauczył mnie jednej miłej rzeczy, którą perfekcyjnie ujmuje Maciej Stuhr w swoim skeczu. To „siedzimy… piwko se pijemy… Marek cię pozdrawia…”, czyli absolutnie leniwe na wszystko, przepraszam francuski – wyjebanie.

 

I tacy są Włosi. Mamy jechać o osiemnastej gdzieś. Nic się nie dzieje. Pytam jednego z taksówkarzy łodafaka, o której mielibyśmy jechać. On spokojnie patrzy na zegarek, uśmiecha się i mówi „right now”. To takie miłe, kiedy spotykasz człowieka, który także centralnie w dupie ma to, że np. metro jeździ co dwie minuty ALE TRZEBA SKAKAĆ PRZEZ BARIERKI, TEMPUS FUGIT, SZMATY!

rynek

Rynek, krwawy zmierzch 😉

Strasznie mi się ten leń i kompletny brak poszanowania dla punktualności spodobał. Co prawda, przy wylocie może przepływ krwi podskoczył o dwie kreski na ciśnieniomierzu, ale i tak – spokoooojnie. Włosi – przynajmniej w Rzymie – są też stosunkowo mili. To znaczy, pewnie są mili „dla tych pieprzonych turystów”, ale jeśli już jakimś cudem znają angielski – są równie mili.

 

Jest jednak inna cecha Włochów, która wywoła w Polaku zaniepokojenie równe temu co poznanie kultury jedzenia Azjatów. Otóż Włosi śmiecą. A właściwie ŚMIECĄ. Srsly, doceniłem ten gnój i syf jaki mamy u nas, kiedy zobaczyłem co się dzieje i w centrum Rzymu i na przedmieściach i właściwie wszędzie. Ale to, że toną w śmieciach jest niczym w porównaniu z przepotwornie uroczym faktem, że wieczorem Rzym toczony jest nie tylko przez turystów, ale i przemiłe futrzaste gryzonie z rodzaju Rattus. Jako, że sam posiadałem kiedyś szczury – tak wiem, to porąbane – ucieszyłem się, kiedy zobaczyłem kanałowce, spasione jak koty, które uciekały nam nocą spod nóg. Szczury głupie nie są, nie będą atakować góry. Ale podejrzewam, że większość turystów pewnie uważa, że fakt krążenia po zaułkach i ulicach bandy nie Cyganów, nie Polaków, nie włoskiej mafii, a właśnie szczurów to jednak coś nieco upiornego. Mnie się od razu przypomniał centurion Marek, jeśli wiecie co mam na myśli. 😉

parlament

Pierwsze zdjęcie i patrzcie jakie fajne 😉

To wszystko blednie jednak przy jednej rzeczy – we Włoszech można pić alkohol w miejscu publicznym. Takie Polaczki jak my od razu zatarły ręce. Gdy nabyliśmy całkiem niezłe czerwone Peroni (nie, nie te gejowskie maleńkie buteleczki rodem z warszawskich klubów…) 0,6 i parę innych butelczyn „do testów”, ruszyliśmy w upalny, acz wietrzny wieczór popijając piwo. O dziwo, mało kto tak robił – no, ale był to środek tygodnia, nic dziwnego. A zatem – plac przed rzymskim parlamentem, cudowne, nieletnie, opalone śródziemnomorskim złotem Włoszki i zimne piwo. No błagam, jak tu nie lubić życia? 😉

 

Oprócz wieczornego łażenia po Rzymie, już – nieco pobocznie – w ramach pracy byliśmy w kompleksie filmowym Cinecitta, znanym m.in. z tego, że to tam jest plan filmowy serialu – nie zgadniecie – „Rzym”. Na miejscu mogliśmy sobie pooglądać jak to wygląda od środka i posłuchać wieści gminnej, jakoby to, co się spaliło podczas pożaru, było ubezpieczone na jakąś ogromną kupę kasy, więc wszyscy po kątach mówią, że mafia maczała palce. Ile w tym prawdy? A kogo to obchodzi – historia rodem z filmów.

kupowaniewina

Degustacja wina przez spragnionego legionistę. Płacił uczciwymi sestercjami 😉

Na planie byli także zakontraktowani rekonstrukcjoniści z grupy Civilta Romana. Poniżej będzie seria zdjęć, a za jakiś czas może nawet i filmik (jak mi się zachce ruszyć rzyć). Zrobili pokazową musztrę, a potem oddalili się gdzieś w głąb planu. Na szczęście paru z nas ma nosa i wie, że ludzka życzliwość i zainteresowanie zdziałają cuda. Jako rekonstrukcjoniści byli tam takim niby tłem – na początku odgrywali jakieś mini-scenki, gdy cała banda ludzi przechodziła obok nich, i, no cóż – ktoś robi zdjęcie, bach, nara. Kiedy opuściliśmy teren głównego placu i się do nich przykleiliśmy, zaczęliśmy ich wypytywać o różne rzeczy, od razu się ożywili. Nie wszyscy mówili po angielsku, ale wystarczyła jedna osoba – kobieta-od-wina, która tłumaczyła nasze pytania. Zaczęliśmy rozmawiać o barwieniu szat, o tym jak wyglądał taki rynek i targ w starożytnym Rzymie, wreszcie, kiedy pierwsze lody zostały bardzo szybko przełamane, zaczęliśmy ich namawiać, żeby odegrali do kamery parę bardziej intensywnych scenek. Nie muszę dodawać, że choć starali się mieć typowo włoską wyjebkę, widać było, że są zachwyceni, że ktoś się nimi zainteresował a nie traktuje jak ruchome rekwizyty…

 

Ba, użyczyli nam nawet na moment hełmu centuriona (to był hełm niejakiego Fabia, siwy gość, a zasuwał w pełnym mundurze, z cygarkiem i nieodłącznym „mam wu igrek jot” na twarzy…), mimo że teoretycznie nie mogli tego zrobić. Ba nr 2!, kolega z redakcji uprosił ich, czy nie mają jakiejś zapasowej zbroi na mnie. Niestety, nadaję się już tylko do senatu, bo zbroja ledwo przeszła przez moje – tu się mogę chwalić – spore barki, a na – tu pochylam głowę w pokorze – brzuchu już jej nie zapięliśmy. Inna sprawa, że była po prostu ogólnie za mała, a przynajmniej tak to sobie tłumaczę. 😉

rzymskinochal

Jeśli kiedykolwiek chcieliście zobaczyć tzw. „rzymski nochal” – tu macie okazję, i to prawie na żywo…

No ale pewnie – jeśli ktokolwiek dotarł do tego miejsca – czekacie na żarcie. Otóż, jak wiemy, Włochy to kraj pizzy.
Nie. To nie kraj pizzy. To kraj serów, makaronów, szynki, boczku i paru innych rzeczy (tu wewnętrzny chimek-pijak krzyczy: NUNC EST BIBENDUM!). Pizza jest tak na dobrą sprawę towarem eksportowym, który w jej niezliczonych mutacjach popularność zyskał dzięki m.in. sycylijskim, czy ogólnie – włoskim imigrantom w Stanach. Oczywiście placek posmarowany oliwą i ziołami istniał od czasów starożytnych, ale pizza jako taka to pomysł, który pojawia się z królową Małgorzatą Sabaudzką i do dziś to raczej margherita czy marinara są „tru tru neapolitan pizza”**

 

Znaleźliśmy w końcu odpowiednio „podłą” restauracyjkę, do wejścia do której zresztą skusił nas napis: „We (really!) speak english”. To, co widzicie na obrazku to coś, co zapchało mnie aż do późnej nocy. Jedna to klasyka – pomidory cherry, oliwki. Druga – głównie grzyby porcini, czyli tajemnicza włoska nazwa, która jest określeniem naszego borowika (konkretnie w tej pizzy chyba mocno podduszonego ;)). Trzecia – kwiaty cukinii i anchois. Cudowności.

IMG_20130710_235711

Żarcie dla biedoty, a że ja groszem nie śmierdzę, obżarłem się jako w barłogu kiernoz 😉

Ale poza pizzą Włosi są znani z innej rzeczy – makaronów (i sera ;)). To makarony byłyby tą bardziej narodową potrawą, zresztą mawia się u nas na mieszkańców Italii per „makaroniarze”. Błąd pojawia się dopiero przy Francuzach – ich najbardziej ulubione żarcie to nie żabie udka, a raczej sola czy gęsie wątróbki. No ale wróćmy do makaronów. Tych jedliśmy kilka, już w innych okolicznościach przyrody. Co jak co, ale carbonara to jadłem takie, że mi dupę urwało, a jak wiecie – kulinarnemu psycholowi dogodzić już teraz niełatwo. Znacznie mniej weszły mi rzeczy pomidorowe, sam nie wiem czemu właściwie. Nie wiem. Może kwestia tego, że zbyt często sam jadam pomidory? Ale to carbonara – rany Julek (Caius Julek naturalnie)!

zarcie2

Przystawki. Kolejne dania nie zostały pstryknięte z prostego powodu.

Ktoś przy stole rzucił, że jesteśmy Polakami i kelnerzy zaczęli przynosić niesamowite ilości cudownego wina…

Na przystawkę swoją drogą, co widzicie na fotce, żarłem grzanki – bruschettę uwielbiam, coś cudownego. Ale tak samo zachwyca prostotą i intensywnością smaku ser i anchois. Zazwyczaj – bądźmy szczerzy – ryby z serem to „tak se” (że o owocach morza nie wspomnę). Ale tu? Bajka. No i wszędobylska szynka parmeńska – na obrazku nr 2 zawinięta z melonem. Do tego cudowny świniak oraz dwie rzeczy, dla których potrzebne jest osobne zdanie. Pierwsza rzecz to to zielone dziwne zielsko, które leży zaraz obok mocno octowej cukinii. Kolega krzywi się i pyta „Chimek, ty kucharz jesteś***, co to za paskudztwo?”. Szczerze mówiąc, mam swoje podejrzenia, ale nigdy nie jadłem. Patrzę na strukturę płatów, próbuję, smakowo – jak z opisów – pasuje. Mówię z cichym westchnieniem (bo mi też nieszczególnie weszło): „To z karczocha…”.

zarcie1

Mozzarella di bufala i przyjaciele

Druga rzecz to mozzarella. Z mozzarellą jest dokładnie tak, jak podejrzewałem. Kojarzycie te anegdotki, jak to nadętym francuskim krytykom win podawano w starych butelkach (albo znacznikowane nieistniejącymi rocznikami) totalne sikacze? A oni cmokali, że to cudowne wina? No to tu mamy coś podobnego. Wykosztujcie się kiedyś na mozzarellę di bufala campana. A potem kupcie jakąś „Zoltarellę” czy inne coś. Przykro mi, różnice prawie nie istnieją. W „prawie” nie zawiera się smak, a konsystencja. Kulka mozzarelli, którą widzicie jest mniej „włóknista”, bardziej zbita i konkretna, mimo odleżenia swojego w płynie. Polskie – co tu gadać – są bardziej rozmiękłe. Smakowo? Niemal to samo. Sorry Gregory. ALE! Teraz możecie przynajmniej z czystym sumieniem nie bać się zwykłej mozzarelli w sałatce czy na pizzy. Ba, możecie nawet robić w konia swoich hipsterskich znajomych. 😉

 

I w sumie tyle. Jak na kilka godzin wolnego czasu poszło mi nieźle, nie? 😉 Generalnie – nawet ze śmieciami Rzym jest cudowny. Ludzie mili, wino leje się szerokim strumieniem, a w pewien sposób rozczulające jest to, że nawet kraty ściekowe mają wybity akronim SPQR. 🙂

Valete!

IMG_20130711_152143A tu bonusowo – wasz Chimek 😉 

*strasznie lubię to powiedzonko, przepraszam 😉
**tu anegdotka: taksówkarz widzi zajeżdżającego mu drogę kierowcę i wrzeszczy przez okno, po włosku, ale jednak zrozumiale: SKĄD TY KURWA JESTEŚ, Z NEAPOLU?!
***to mi strasznie pochlebia, przyznaję

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • mru

    ja pamiętam z Rzymu fastfoody z pizzą leżącą godzinami na podgrzewaczach… obrzydlistwo. ale za to, jako że z rodziną gościliśmy w Domu Studenckim Kurii (a jak :D) to jedzenie mieliśmy domowe, robione przez typowe włoskie mammy (choć w bardziej już babcinym wieku) – risotto, zupy kremy, makarony wszelakie i do każdej obiadokolacji micha startego parmezanu i 2 butelki wina, po jednej w każdym kolorze. piękna sprawa 🙂

    • Ooo… Tak też bym chciał… Niestety albo hotel albo kilka godzin na tzw. mieście. Ale i tak uznałem, że warto się podzielić, bądź co bądź rzadko opuszczam nasze miasto stołeczne. 😉

  • Magdalena-Znajdzprzepisy.pl

    Pozdrawiam serdecznie i gratuluję smacznego bloga!

    Chciałabym zaprosić Ciebie na stronę znajdzprzepisy.pl oraz do dodania swojego bloga na listę TOP BLOGI. Nasze strony są już dostępne w 37 krajach i jesteśmy drugą co do wielkości wyszukiwarką przepisów kulinarnych na świecie!

    Byłoby mi bardzo miło, jakby i Twoje przepisy znalazły się u nas 🙂
    Aby znaleźć się na liście Top Blogi wystarczy tylko zarejestrować swój blog tutaj: http://www.znajdzprzepisy.pl/dodaj-blog

    Życzę miłego dnia!