Farfalle ze szpinakem, byle nie na randkę

 Wiosna, wiosna, powoli wracają kolory, a nie tylko szare nagie mięcho. Wzięło mnie ostatnio na szpinak, ale uznałem, podobnie jak z mintajem, że nie ma co stawać na czubku wiadomej części ciała mężczyzny i kręcić iście blogerskich piruetów, tylko zrobić coś prostego. Takie coś, co powtórzycie w domu, bez żadnego spięcia innej części ciała (już wspólnej w pełnym wymiarze* dla obu płci) i powinno wyjść niemal tak samo. Proste, pyszne, zdrowe, a nawet nie tylko zdrowe, ale i zdrowotne. Ale dlaczego nie na randkę? Otóż na pewno znacie taki popularny zabieg w filmach z drugiej strony stawu, gdzie odbywa się romantyczna kolacja, świece, wino leniwie kołysze się w kieliszku, w tle liberie, serwety oraz kwartet smyczkowy.

Tak, kwartet, bo gdyby to był jazz band, zamiast liberii mielibyśmy prochowce, zamiast serwet kiepskie garnitury, wino zastąpiono by cienką whiskey, a zamiast romantycznej kolacji bohaterowie obskoczyliby łomot w ciemnej uliczce Miasta Aniołów. My jednak pozostańmy przy uroczystym szpinaku, który – nie wiedzieć czemu – pojawiał się nader często w oprawie kolacji, po to by stanowić nawet nie comedy relief, ale ostateczne upodlenie jakiegoś bohatera, któremu liść tej szlachetnej rośliny wystawał spomiędzy zębów. Nici z kolacji, taksówki, spaceru oraz seksu pod kołdrą w kształcie litery „L”. Dość jednakże tych kiepskich erotycznych innuendów, czas na szpinak. Bo on naprawdę dobry jest.

 

Czego nam trzeba?

połowa paczki makaronu farfalle

liście szpinaku – jak w paczce, też połowa

6-7 ząbków czosnku

czarny pieprz

masło

oliwa

2-3 pomidorki koktajlowe

odrobina miękkiego, łagodnego sera pleśniowego (ja miałem czerwony lidlowy, całkiem niezły ;))

odrobina śmietany 18%

 

I jedziemy:

W garnku gotujemy makaron. W tym czasie rozgrzewamy na patelni tak masło ze strużką oliwy. Gdy się rozgrzewa kroimy czosnek na plasterki. Myjemy liście pod bieżącą wodą. Bach – czosnek na masło z oliwą. Gdy tylko zacznie się szklić, bach – liście szpinaku. Pieprzymy mocno (hyhy). Dusimy pięć minut, ale warto zaglądać, bo zanim zmiękną i zaczną się lekko ciapciać, czosnek może zacząć brązowieć, a brąz to zło w tym przypadku. 

Po chwili wszystko powinno być gotowe. Odcedzamy makaron, wrzucamy do liści, jeszcze chwilkę podgrzewamy i gotowe. 

Układamy makaron z liścmi i czosnkiem na talerzu we w miarę zgrabny kopczyk, dodajemy mały kleksik kwaśnej śmietany (celowo nie chcę robić jej w sosie ze szpinakiem, smakowo działa zupełnie inaczej, gdy jest osobno), pomidorka w ćwiartki i kilka kawałeczków tegoż miękkiego serka. Robimy zdjęcie i wtranżalamy, póki ciepłe. Smacznego!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...