Antropokanapka

 Pewnie się zastanawiacie skąd taki tytuł. Już wyjaśniam. Otóż na tyle na ile pozwalają mi moje możliwości poznawcze (świetna asekuracja, nie? ;)) staram się hołdować idei człowieka renesansu. I tenże renesans całkiem już spory kawałek czasu temu zawiódł mnie na cudowny i wspaniały kurs antropologii ogólnej, kiedym to przesiadywał pewien okres swego życia w krakowskich knajpach oraz – okazjonalnie – w instytucie filozofii UJ.

Cudowny kurs antropologii ogólnej sprowadzał się do obmacywania czaszek, kości długich, niezwykle fajnej nauki szwów na tych pierwszych oraz rozpoznawania w pudle tych drugich. Poza tym można było odwiedzić megatajne muzeum antropologiczne, gdzie z zaciekawieniem oglądaliśmy np. czaszki zakonnic (z kiłą i bez), czaszkę siedemdziesięciolatki z okresu średniowiecza, oraz wiele innych kości. Muzeum to mieściło się zresztą o drzwi obok baru mlecznego co dodawało całej sytuacji niezwykłej pikanterii. No ale skąd kanapki?

 
Otóż studenci to generalnie wdzięczny temat do badań. Ponieważ wraz z nadejściem nowych czasów (politycznej poprawności i innego plugastwa) antropolodzy mają potworne problemy z badaniem społeczeństw, wszelkie – antropometryczne, ale nie tylko – badania robi się na studentach. Ba, w podręczniku akademickim musi być teraz specjalny rozdział, że jak antropolog pisze o rasach ludzkich (a te istnieją, konkretnie trzy), to przecież nie wartościuje. O tempora, o mores. Swoją drogą, jeśli kogoś to interesuje, to mój skład rasowy ma przeważający procent typu tzw. armenoidalnego (o ile dobrze pamiętam to ok. 44%). Innymi słowy, sporo we mnie np… tsssssk. 😉 Oczy wg skali Martina – 4. No ale mniejsza o moje wskaźniki. 😉 Skąd kanapka, po raz drugi pytam sam siebie?

 
Otóż jeden z testów dotyczył żywienia. Ile biedny student UJ zjada posiłków dziennie, ile w tymże dniu żywieniowym jest posiłków ciepłych, i tak dalej. Prowadzący zażartował sobie, że poprzedni rok niemal hurtem zaznaczył, że żre tylko kanapki. Ja wtedy byłem na etapie przepysznego kebaba zaraz za Placem Wszystkich Świętych, Franciszkańską, ale jeszcze przed skrzyżowaniem przy Filharmonii (i tzw. peniskach, czyli pewnym pomniku…). Tak czy inaczej – teraz pewnie bym szpanował zupełnie inaczej, no ale… Kanapki. Ostatnio jestem tak potwornie zarobiony, że głównie one wchodzą w grę. A jak kanapki to nie byle badziewie. Jedna taka kanapka załatwia mnie na pół dnia ślęczenia na uczelni. Seems legit, drodzy państwo.

 

W ogóle, to jedno z najładniejszych zdjęć na KC. Aż normalnie pęcznieję z dumy.

 

Do takiej kanapki potrzebujemy:
bułę długą, najlepiej pełnoziarnistą, ale jak nie znajdziemy, to niech będzie choć z tzw. ziarenkami
jogurt bałkański
trzy tony suszonego koperku
szczyptę soli
odrobinę masła
opcjonalnie nieco wędliny – mój organizm już zaczął krzyczeć, że zima, więc koniec jaroszowania 😉
kilka plasterków serka Camembert
ze trzy listki cykorii
sałaty wszelakie – doszło teraz do paradoksu, że taniej jest kupić taki pakiet niż każdą osobno; koszmar…
jeden suszony pomidor

Filozofii nie ma. Bełtamy koperek z odrobiną soli i jogurtem. Bułę rozcinamy, smarujemy odrobiną masła, potem sosu, na to liście cykorii, potem walimy ile wlezie sałat (byle się zamknąć potem dało…), następnie nieco wędliny, sera pleśniowego, pokrojonego w paski pomidorka. Można górę też posmarować sosem, tyłek od tego nie rozboli. Pakujemy i wtranżalamy cichcem na wykładowej przerwie.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • Świetny wpis, powiedz tylko, gdzie można dostać jogurt bałkański?

    • W każdym co większym sklepie… Albo jakiś oryginał, albo jak to mówię „generyk”, czyli produkowany w polsce. Ale tu chodzi głównie o tę konsystencję, żeby był tak zbity, że łyżka stoi. I smak ma taki, że bez problemu robisz go na ostro.