Paszteciki „fuck yeah!”

 One są Fuck Yeah, bo mimo wielu różnych perturbacji wyszły mi znakomicie i pialiśmy ze znajomą z rozkoszy. Ciasto drożdżowe, ale inne i bardziej upierdliwe niż zwykle. W ogóle – makabra takie paszteciki. Jestem pełen podziwu dla tych gospodyń, które np. na wigilię Bożego Narodzenia robią coś takiego. Na szczęście nie jestem chrześcijaninem, więc mi to lotto, ale szacun, serio, szacun. Gdy wam przyjdzie ochota zrobić takie paszteciki, zaręczam – kilka godzin z życiorysu zniknie. Myślałem, że to chwila, a tu siurpryza. Ale – przejdźmy do rzeczy, bo tu nie ma co za bardzo się rozwodzić nad moją kiepską organizacją zadań (poza pasztecikami miałem też zrobić lecsó i wysprzątać tzw. obejście ;)).

 

Czego nam trzeba?

na ciasto:

mąka pszenna – 450-550 g

mleko – ok. 300-350 ml

jajka – 2

cukier

sól

drożdże – 15 g

masło – stopione, 2-3 łyżki

na farsz:

kapusta kiszona – 600 g

ziele angielskie – kulka;)

liść laurowy  – 1/2

pieprz czarny ziarnisty – 5-6 kulek

pieczarki – 250 g

cebula – dwie małe/jedna duża

sól

pieprz

 

I jedziemy:

Generalnie nie macie z tymi pasztecikami problemu, jeśli możecie piec na dwie blachy. Ale po kolei. Kapustę kiszoną zalewamy niedużą ilością wody, wrzucamy ziele, liść i pieprz, zagotowujemy i niech sobie pyrka aż do miękkości, czyli co najmniej godzinę. W międzyczasie na patelni rozgrzewamy nieco masła z nitką oliwy. Wrzucamy na to posiekaną cebulę. Gdy się zeszkli i zacznie podsmażać, ścieramy na tarce pieczarki. Solimy, pieprzymy i smażymy tak, by nam ściemniały.

Nie spieszymy się z nastawianiem drożdży. Możemy skoczyć na fejsa albo coś. Gdy nam się kapusta ugotuje, zestawiamy z ognia, cedzimy i studzimy. Kapusta musi się wystudzić całkowicie co – polecam – osiągniemy mieszając ją od czasu do czasu i przewracając to z dołu na górę. Musi być całkowicie wystudzona – jak u Hermesa Trismegistosa. Trismegistos swoją słynną zasadę „jako na górze, tak i na dole” eksplikował wtedy, gdy musiał robić paszteciki. Dopiero kiedy mu kapucha wystygła, krzyknął te znane wszystkim okultystom słowa. A potem zapisał.

Zanim nam całkiem wystygnie możemy już nastawić zaczyn. W garnuszku zagrzewamy mleko. Gdy jego temperatura będzie ok. 30 stopni Celsjusza (czyli letnio lekko ciepłe hehe), odlewamy pół szklanki, do tego wkruszamy drożdże, dodajemy łyżeczkę cukru i łyżeczkę mąki. Mieszamy i odstawiamy aż nam prawie wykipi (10-15 minut).

W misce mamy już na pewno mąkę. Wbijamy dwa jaja, dodajemy cukru, soli, niech się we łbie nie pi… ekhm. Rozcieramy łapkami. Wlewamy zaczyn. Teraz będzie hardkor. Rozrabiamy chwilę i – z racji tego, że ciasto na bank będzie za suche – dolewamy stopniowo resztę ciepłego mleka (jeśli wystygło – podgrzać). Stopniowo, bo ja np. nie zużyłem całego. Robicie na oko, dopóki ciasto nie będzie się w miarę dało wyrabiać. I tak będzie dość „luźne”. Podsypujemy mąką w razie czego aż uda nam się uformować kulę. Zostawiamy na ok. godzinę do wyrośnięcia.

Gdy kapusta będzie chłodna, mieszamy ją z pieczarkami.

Ciasto WRESZCIE powinno być ok. Rozgrzewamy piekarnik do ok. 170-180 stopni. Ciasto dzielimy na dwie części. Rozwałkowujemy w prostokąt taki, byśmy mogli go zwinąć. Na środku kładziemy farsz, zawijamy tak, by „zapięcie” było pod spodem. Kroimy pod skosem na kawałki. Układamy na papierze do pieczenia, smarujemy rozkłóconym jajkiem, posypujemy czarnuszką i pieczemy ok. 15-20 minut. I do skutku. Jak macie dwie blachy to ta ilość wystarczy idealnie na dwie blachy. Jak nie macie – life’s a bitch, trzeba na dwie tury.

 

Ale mówię wam… Takie dobre wyszły, że łeb urwało. Przy samym tyłku. Smacznego!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...