Ginger beef (???), niby chińskie ale globalne

 Najzabawniejszą rzeczą w tzw. ginger beef czyli wołowinie z imbirem jest to, że choć powstała w Chinach, aktualnie – obok poutine i wszelakich pierogów – uznawana jest za niemal danie narodowe Kanadyjczyków. Nikt już nie traktowałby poważnie jakiegoś Chińczka, który chciałby udowodnić jakiej proweniencji jest ta potrawa. Ale nie szkodzi! Jest to żarełko wybitnie proste, choć równie łatwo jest je zepsuć, jeśli nie przypilnujemy naszej patelni lub woka. Imbirowa wołowina nadaje się zarówno na wieczorek z tysiącem miseczek, jak też i samodzielne danie, np. z ryżem i jakąś surówką. Ma także wiele odmian – i z warzywami, zanurzana w cieniutkim cieście, bardziej na sucho, z dużą ilością sosu, etc. etc. Tu prezentuję najprostszą, bez warzywnych dodatków i sosu (na occie jabłkowym), bardziej jako „pogryzadło” niż osobne danie. Ostatnio robiłem ją w ramach tzw. wieczoru bluźnierców, o którym opowiem wam już niebawem (opowiem opowiem w sensie realnym, bo albo tylko z użyciem głosu, albo wideo – tylko jeszcze nie mogę się zdecydować ;)). Było tam trochę innych rzeczy, dlatego tu miseczka jest z samym mięsem. Podaję zatem przepis na samą wołowinę, bo kluczem jak zawsze jest odpowiednia marynata.

Jeszcze jedna uwaga. Jeśli nie posiadacie w domu takiego narzędzia jak wok, spokojnie nada się dobra patelnia teflonowa. I dobra nie oznacza tu „kosztowała tyle a tyle” co po prostu „nie ma zdartego teflonu”. 😉 Będziemy mocno grzać, mocno miąchać, a smażyć danie samo w sobie – dość krótko. Ale o tym za chwilkę.

A teraz – do dzieła.

 

Czego nam trzeba?

wołowina – 200-300 g

imbir świeży lub ostatecznie suszony

wino ryżowe (albo wytrawne białe sherry)

papryka ostra

ciemny sos sojowy

pieprz czarny

 

I jedziemy:

(tu o krowach, przepis niżej! ;))

Niech nikogo nie szokuje mikra ilość składników – jak mawia moja znajoma, to ma być gourmet a nie burdel. Wołowinę… I tu się zatrzymamy. Generalnie jeśli o tym nie wspominałem, to wspominam teraz – nie kupujcie wołowiny „po prostu”. Postaram się poświęcić osobną, długą, nudną i wyczerpującą temat notkę na temat tuszy wołowej, a tu tylko zasygnalizuję problem. Otóż w sklepach typu „market” często jest to mięso niewiadomego pochodzenia i nawet strzelanie do kolejnych szczebli w strukturze obsługi sklepu nie pomaga. Stąd znajdźcie sobie albo lokalnego dostawcę, albo sklep, który mówi otwarcie (i jest to dość łatwo weryfikowalne – smakowo) z jakich krów ma mięso. Bo, jeśli jeszcze tego nie wiecie, krowy dzielą się na mięsne i mleczne. Te nasze krasule to krowy mleczne, ergo np. steki z takich krów (a mięso wołowe z krowy mlecznej tak samo idzie do rzeźni, a potem, sory Gregory, na polskie stoły) nie są za szczególnie fajne, zaś różnica między polędwicą (za i tak jakieś, excusez le mot, posrane sumy), a ligawą jest potworna. Jeśli znajdziecie sklepy, gdzie mięso jest albo importowane z argentyńskich czy amerykańskich krów – spoko. W Polsce z tego co wiem są nieliczne hodowle krów np. Limousin – także godne polecenia.

No, ale ad rem – potrzebujemy dobry kawałek wołowiny. Ja użyłem udźca, bo paradoksalnie akurat w sklepie był ładniejszy niż rozbratel czy rostbef którego zwykle używam do smażenia (a nie duszenia trzysta lat). To już od was zależy – najważniejsze, żeby mięso miało jak najmniejszy tzw. przerost, czyli pasma tłuszczu, które obleka kawałek mięcha.

(tu zaczyna się przepis)

Wołowinę zatem 😉 płukamy, czyścimy z błon, kroimy w paski. W misce przygotowujemy marynatę. Ja, jako gospodyń z wyrobionym łapskiem robię to na zasadzie „lunięć” albo „ciurków”. Ale spróbuję to odtworzyć w kategoriach policzalnych. Wlewamy ok. 2-3 łyżki sosu sojowego. Do tego ok. 1 łyżki sherry. Łyżeczkę wody by nieco rozrzedzić sprawę (żeby nam potem się sos sojowy nie zjarał…). Ścieramy imbir. Tu już wedle uznania. Aha – zamiast startego możemy naturalnie dać już proszkowany, jak nie macie pod ręką kawałka kłącza (doświadczenie każe ścierać imbir wyjęty dopiero co z lodówki). Do tego nieco czarnego pieprzu, ostrej papryki, mieszamy, wrzucamy pokrojoną wołowinę, miąchamy tak, żeby marynata oblepiła dokładnie mięso i wstawiamy do lodówki. Minimum godzinę moim zdaniem, a może stać nawet i całą noc.

Gdy chcemy ją zrobić wreszcie, rozgrzewamy patelnię lub woka. Jeśli to wok – potrzeba oleju, jeśli patelnia – ja mam słabość do małej nitki oliwy z wytłoczyn (bo temperatura musi być na hardkorze). Tym się ta mutacja ginger beefa różni od innych, że nie robimy sosu i nie smażymy w głębokim oleju w cieście. Tu jest samo mięcho, raczej metodą bliżej stir fry, czyli „o kuźwa ale żar” i „rany boskie, machaj patelnią i mieszadłem”. 😉 Wrzucamy mięsko na gorącą patelnię i smażymy. Nie potrafię wam powiedzieć dokładnie – około dziesięciu minut, ale nie patrzyłem na zegarek. Dynks polega na tym, żeby wołowina nie straciła wszystkich soków (bo jak je puści – do widzenia, żegnaj sprężyste mięsko, witaj podeszwo). Pamiętajmy, że jej nie dusimy, tylko poddajemy samemu smażeniu w wysokiej temperaturze. Po prostu musicie stać nad patelnią, mieszać energicznie, aż będzie ok. Nie zabierze wam to więcej czasu niż 10 minut, jeśli mięso nie pochodzi od starej krowy (czy innej rasy niż porządne mięsne ;)).

 

Wrzucacie do miseczki i jazda, bo obok już druga wołowinka, kurczak z zielonym chili, czapati, raity i w ogóle jazda bez trzymanki. 😉

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...