Stefanka (z cyklu: Smaki dzieciństwa ;))

 Stefanka to ciasto, które pamiętam dość dobrze z czasów kiedy się nie za bardzo przelewało. Nie wiem czemu, może to w moim rejonie, ale stefanka zawsze stanowiła takie ciasto nieco „odświętne”. Na co dzień były drożdżówki, babki piaskowe, ale chyba obecność kremu i czekolady sprawiała, że stefanka stawała się towarem luksusowym. A zatem – do dzieła. Nie ma co się szczypać, korzystałem z kilku przepisów, ale w sumie najbardziej z „Moje Wypieki” – co by nie mówić, babka ma niezłą bazę słodkości.

 

 

 

Czego nam trzeba?

na ciasto:

500g mąki pszennej

3/4 szklanki cukru

200g masła

2-3 łyżki miodu (użyłem wielokwiatowego)

2 jajka

łyżeczka sody

na krem:

1l mleka

1/2 szklanki cukru

200g masła

1 cukier waniliowy/wanilinowy 😉

9 łyżek kaszy manny

sok z cytryny

powidła śliwkowe

na polewę:

150g gorzkiej czekolady

100g masła

100g białej czekolady

75g masła

 

I jedziemy:

Masakra z tym ciastem, non stop trzeba coś robić. 😉 Ze składników „ciastowych” zagniatamy nasze ciacho.

Warto tu zwrócić uwagę na jedną rzecz: niektórzy twierdzą, jakoby sztuczny miód był dobrym dodatkiem zamiast np. wielokwiatowego, którego użyłem (akacjowy też jest ok, bo jest lekki i słodki). Otóż to prawda, ale w naszych sklepach nie znajdziecie sztucznego miodu tylko sztuczny miód. Brzmi idiotycznie, ale to o czym piszą ludzie tak naprawdę nazywa się melasa, i jest nie tyle sztucznym miodem, co rzeczą, która wytrąca się przy produkcji cukru. Melasa ma bardzo ciemny kolor. To, co jest na półkach z napisem „sztuczny miód” i ma jasny, miodowy kolor, to nie melasa, tylko de facto jakoś tam żelatynowana woda z cukrem. Dlatego – beware! 😉

Jedna wskazówka co do ciasta – tego i setki innych. Jeśli strasznie was wpienia, że ciasto klei się potwornie do rąk i płaczecie, a nie wyrabiacie, zawsze można posmarować łapkę (ale w przypadku ciast nie-wytrawnych to naprawdę leciutko;)) olejem bądź oliwą – wtedy raz dwa zagnieciecie, co trzeba.

Jak już zagnieciemy ciasto, dzielimy je na trzy części. Jeśli mamy trzy blaszki – to zajebongo. Ja nie mam, więc musiałem piec na raz… Czyli trzy blaty. Wszystkie oczywiście studzimy.

W garnku natomiast zagotowujemy mleko z cukrem, cukrem waniliowym i masłem. Jak się już zagotuje, odstawiamy z gazu i wsypujemy po łyżce kaszy manny, mieszamy i tak następną aż do sakramentalnej dziewiatki. Jeśli jesteśmy megazdenerwowani, bo już północ, a Lud nie wraca z kliniki wet. na Ochocie, wsypujemy wszystkie łyżki naraz, a potem panicznie rozcieramy, żeby grud nie było… Wstawiamy na gaz nasz krem, gotujemy jeszcze chwilkę, a potem znów zestawiamy, dodajemy sok z jednej cytryny i studzimy.

W trzecim 😉 garnku robimy tak, że wlewamy do niego wodę, stawiamy nań miseczkę z połamaną czekoladą i masłem i grzejemy, grzejemy. Potem tylko zmieniamy miseczkę, jak będziemy chcieli białą czekoladę.

Zanim nam się to rozpuści, bierzemy wystudzony blat, smarujemy lekko powidłami śliwkowymi, kładziemy połowę kremu, na to drugi blat, znowu powidła, krem, trzeci blat… et voila. Polewamy polewą, można dodać białej tak jak ja. Wsadzamy do lodówki i niech się przegryza.

 

Magią stefanki jest to, że najlepiej smakuje na drugi, trzeci dzień – gdy już się ładnie „zejdzie”. Moja wytrzymała prawie tydzień, ale tylko dlatego, że akurat na weekend zostałem sam, a to dość sycące ciasto.

Smacznego! 😉

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • Samantha

    Cudowne ciasto i nazwa też, podobny przepis znam pod nazwą „miodownik”, pozdrawiam 🙂