Mince&Tatties czyli odrobina Szkocji na Mokotowie

 Jakoś podczas przeglądania fejsbukowych albumów ze zdjęciami trafiłem na ten z naszej wycieczki do znajomych w Edynburgu. Język mi momentalnie do tyłka uciekł, jak sobie przypomniałem Glenfiddicha 18yo, haddock&chips z „jes jes vinegar jes” niewyobrażalną ilością octu oraz naturalnie haggisa. Co prawda ze zrobieniem w Polsce haggisa byłby mały problem, ale pomyślałem – a, poszukam czegoś bardziej szkockiego niż angielskiego (Anglicy jak wiadomo, w przeciwieństwie do Szkotów, nie mają duszy :P). Po nieco przydługim dywagowaniu nad tymi i owymi daniami w końcu stwierdziłem, że zaraz mi sklep zamkną, zatem wystarczy mince&tatties, a właściwie mince&chips, bo Lud się zbuntował i chciał frytki koniecznie zamiast tatties, czyli tłuczonych ziemniaków. No to co to jest to mince? A-a-a… Już tłumaczę.

 

Mince&Tatties to kolejna potrawa robiona na tysiące sposobów, ale w gruncie rzeczy – mięso mielone podsmażone, a potem gotowane w sosie, rzecz niezwykle prosta do zrobienia, acz diabeł tkwi w przyprawach i szczegółach. Postanowiłem skorzystać z dobrodziejstwa ScottishRecipes, bo to strasznie sympatyczna stronka. Niestety, jak większość kuchni z Wysp Brytyjskich (z wyjątkiem, oi!, haggisa) nie uświadczymy w tej potrawie zbyt wielu przypraw, które tak uwielbiam. Na szczęście ludzie z SR są dość liberalni i nikt nam głowy nie urwie i nie nazwie „ye crazy dumb bastard”, jeśli dodamy nieco rozmarynu, pieprzu i tymianku. Wszak to chimkowa trójca święta. Omne tymiankum perfectum i tak dalej. 😉 Zatem bez większego ględzenia, dość tradycyjne szkockie danie. Ach, jeszcze jedno – w zasadzie to podduszanio-gotowanie mięsa powinno się odbywać w tzw. gravy, czyli czymś na kształt angielskiego sosu pieczeniowego. No ale niestety – nie miałem czasu (ani pieczeni ;P) żeby gotować taki sos przez cały dzień, zatem macie tu mój autorski sposób na sos „a la pieczeniowy”. Na tej samej zasadzie jak jest pasztet a la kaczka, tzn. leżał w magazynie obok jakiejś kaczki.

 

Czego nam trzeba?

na mince:

500g wołowego mięsa mielonego (np. z udźca)

cebula

marchewka

tymianek

rozmaryn

pieprz czarny

sól

odrobina oleju

 

na sos:

mąka

masło

bulion wołowy (z kostki się nada ;))

sos Worcestershire

sos sojowy ciemny

pieprz czarny

 

I jedziemy:

Siekamy cebulę i podsmażamy na oleju. Gdy się zeszkli, dorzucamy mięso. Smażymy na średnim ogniu. Gdy mięso puści wodę i soki dorzucamy startą na tarce marchew. Jeśli trzeba – podlewamy łyżką wody i na dość małym ogniu niech sobie to zasuwa. Do tego pieprzu czarnego i nieco soli (byle nie za dużo). I niech dalej pyrka. W międzyczasie…

Robimy sos. Ha, mój sposób na sos a la pieczeniowy (w tym przypadku a la gravy) ;), który nie jest sosem z torebki jest w gruncie rzeczy przepisem megaprostym. Otóż robimy dość ciemną zasmażkę z mąki i masła. Jak ją ładnie rozprowadzimy, wlewamy weń tak 350-400 ml zimnego bulionu wołowego. Można użyć kostki, nie zabraniam. 😉 Wstawiamy na ogień i dość energicznie miąchamy, co by ani jedna grudka nie ukazała się naszym oczom. Gdy już ustrojstwo będzie gorące, lekko pieprzymy i dolewamy kapkę sojowego ciemnego. To jest moje jedyne ustępstwo – po prostu sojowy ciemny da nam po pierwsze barwę (nawet w minimalnej ilości), po drugie – jest potwornie słony i nie trzeba dodatkowo solić. Do tego tak z łyżkę Worcestershire – jak to mawiali bodajże bohaterowie South Park „It makes everything taste so… english”. Chwilkę pogotować i…

Wlewamy nasz sos do pewnie już mocno podsmażonego/podduszonego mięska. I teraz jakieś 30-40 minut na wolnym ogniu niechże sobie to pyrka. Po ok. 10 minutach bierem w łapę rozmarynu i tymianku, rozcieramy łapką i wrzucamy w mięsko. Ilość wedle uznania.

Gdy będzie gotowe, teoretycznie powinniśmy je podać z tłuczonymi ziemniakami (z np. dodatkiem mleka i masła), ale Lud żądał frytek (bardziej w stronę chips), zatem na zdjęciu jest jak jest. Można dołożyć obok nieco zielonego groszku. Smacznego!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...