Przysmak satanisty, czyli czekoladowa mysz

 Istnieje niewiele osób na tym świecie, które nie widziały fenomenalnego filmu „Dziecko Rosemary” Romana Polańskiego. Otóż pomijając legendy miejskie nt. domniemanego udziału Antona Szandora LaVeya, czy wymowy psychologicznej tej perełki kinematografii mnie zawsze fascynowały dwie rzeczy – korzeń tannisa oraz czekoladowa mysz. Jako że to blog kulinarny, zajmiemy się tą drugą. Gdy już wciągniecie ten pyszny czekoladowy mus, będziecie mogli powiedzieć, tak jak państwo Castevet podczas ostatecznego rozrachunku: „Zamknij się dziwko, bo cię zabijemy”.

Jak widzicie – na zdjęciu poglądowym są palce w charakterystycznym tzw. „Szatańskim Pozdrowieniu”. To moja diabelska służebnica robiła. Hail Satan! 😉

 

Co potrzebujemy?

dwie tabliczki gorzkiej czekolady (60% kakao miała tylko wedlowska)

3 jajka

śmietanka 30%

cukier

cukier waniliowy/wanilinowy

sól

 

I jedziemy:

Czekoladę dajemy do miseczki, którą to umieszczamy w/na obrzeżach gara z gotującą się wodą. Gdy nam się całkowicie czekolada roztopi, puszczamy kołysankę Komedy – i niechże nam się ta szatańska ciecz studzi.

W międzyczasie odmawiamy mantrę „in nomine Satanas Dei Nostri Luciferi excelsi” i podczas mruczenia pod nosem także i innych bluźnierstw przeciw chrześcijańskiemu Bogu oddzielamy żółtka od białek. Żółtka z odrobiną cukru i cukru waniliowego ucieramy jakby na kogel, a białka – krzycząc od czasu do czasu piskliwym głosem „SANGUIS BIBIMUS CORPUS EDIMUS TOLLE CORPUS SATANI” ubijamy na naprawdę sztywną pianę, dodając odrobinkę soli – piana jest lepsza.

Gdy nam – na bank w międzyczasie – powoli będzie stygła czekolada, warto ubić też i śmietanę. W ogóle jak macie mikserek – be my guest, ale ja to wszystko dla Czarnego Pana robiłem zwykłą trzepaczką. 😉

Tak czy inaczej – czekolada już ostygła (ale jeszcze nie stężała), zatem ładujemy ją do miseczki, do tego żółtka. Miąchamy dokładnie. Potem pianę z białek. Miąchamy takoż. Na końcu bitą śmietanę – i także mieszamy piszcząc jakieś „ave ave versus Christus„.

Następnie rozkładamy do miseczek i chłodzimy w najgłębszych otchłaniach piekieł (bo są takie gdzie jest zimno, serio, ogarnijcie np. u Miltona), a potem podajemy – pyszności! Byle was potem Szatan nie zgwałcił…

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...