Biryani lekko płonie

 Strasznie polubiłem kuchnię indyjską. Może to dlatego, że nie jest europejska, w sensie – nie ma zestawu przykazów, nakazów, tego nie wolno, tamto musisz itp. O ile w Europie generalnie panuje ceremonializm, o tyle Indie to taka nebula, albo raczej rzeka – płyniesz, gdzie zaniesie. Gdy tylko się człowiek nauczy podstaw (czyli np. prażenia, robienia różnych mieszanek itp.), nagle okazuje się że otwiera się przed nami świat przypraw taki, że aż się smutno robi, jak wracamy do Europy.;) Nie bez powodu ludzie się mordowali po to, by przepuszczać przez palce zagraniczne „spajsy”. Jako pierwszą rzecz co prawda nie wybierałem czegoś, co u indyjskich wirtuozów składa się z 200 smaków, ale dość prostą wersję biryani, taką bardziej ostrzejszą niż łagodną. Jak się niestety okazało – za ostrą dla testerki (zatem większość zjadłem sam ^^”).

 

Co ogarniamy?

ryż basmati (niestety miałem „torebkowy”, sypkiego nie było…)

pierś kurczaka (może być połówka)

raitę z poprzedniego przepisu (bo inaczej nam mordy wypali)

pastę z zielonego chili (zrobiłbym sam, ale nie było zielonego chili, zatem musiałem kupić [/smutnapanda])

pół cebuli

szalotkę

czosnek

Przyprawy:

kmin

kolendrę

cynamon

pieprz czarny

pieprz cayenne

świeży imbir (od biedy proszkowany)

kurkuma

 

I jedziemy:

Ryż basmati gotujemy wg Wujka Bena (10 min.), ale przed wrzuceniem zakurkumiamy wodę, żeby ryżyk był żółty. W międzyczasie na odrobinie oliwy (oni by pewnie zrobili na ghee, ale jak już wiemy – ortodoksji nie ma;)) rozgrzewamy posiekaną cebulę zwykłą i szalotkę. Dorzucamy po chwili czosnek i zaraz potem pokrojoną w kostkę pierś kurczaka. Obsmażamy trochę, po czym dorzucamy pastę z zielonego chili, łyżeczkę, dwie, trzy, dziesięć… Za moment dorzucamy uprzednio uprażone i potem zmiażdżone w moździerzu: kolendrę, kmin i starty imbir. Podlewamy tzw. łyżką wody i miąchamy, dosypujemy cynamonu (nie żałować), pieprzu cayenne (a to różnie), pieprzu czarnego (też jak kto woli).

Zestawiamy z ognia. Na talerz wysypujemy basmati, na to naszego kuciaka palimordę. No i raita. Bez raity ani rusz, bo nam towarzystwo kapsaicyna podpali, a zeskrobywanie zwęglonych trupów z parkietu to strasznie pracochłonna sprawa. I to właściwie wszystko. Tak na dobrą sprawę, jak się przyjrzycie mamy dwa czynniki:

– kolendra&kmin oraz cynamon – robią za tzw. „indyjskość”, czyli ten słodkawo-korzenny posmak. Można dodać goździka, ja akurat nie miałem pod ręką.

– pasta z zielonego chili podsyca ogień, który gasimy jogurtem 😉

A reszta to klasyka – tę szalotkę naprawdę warto, bo jej posmak będzie dopełniał danie i nadawał jeszcze wyrazistszego charakteru. To smacznego!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • YaaL

    Jak nie masz ghee (które możesz zastąpić masłem klarowanym np. z Mlekovity albo samodzielnym sklarowaniem dowolnie wybranego), to raczej na oleju słonecznikowym niż oliwie, która jednak daje inny posmak.

    • Ciągle się zbieram do zrobienia własnego ghee… Ale dzięki za info (ja lubię smak oliwy, w przeciwieństwie do słonecznikowego… Ostatnio też traktuję potrawy rzepakowym).

      Za to panir już mam z głowy, tylko muszę spisać. 😉

      • YaaL

        Rzepakowy też może być, jeśli nie lubisz słonecznikowego. Sezamowy albo kokosowy.
        Panir możesz dość skutecznie zaemulować zbitym, tłustym ale raczej suchym twarogiem.

        • Nieee, wolę sam… ;> Znalazłem źródło niezłego mleka, które nadaje się na panir i wczoraj i dzisiaj na wieczór tzw. Domu Otwartego sam robiłem 😀

          • YaaL

            Pochwalam, ale nie zawsze jest czas na przygotowywanie własnego, a twarogowe zastępstwo zostało zaaprobowane przez znajomych tambylców, więc nie mam oporów przed pójściem na łatwiznę od czasu do czasu (: