Zdziczały królik

 Glosa. Właścicielka nowego mieszkania, które wynajmujem zostawiła w zamrażarce polędwiczki królicze. Zapytana, co z nimi, stwierdziła, że ona nie mogła by zjeść zamordowanego zwierzęcia, więc możemy sobie mięsko wziąć. Niżej podpisany starał się ukryć wyszczerz i od razu zaczął kombinować co by tu można z tego królika zmontować. Z dzieciństwa królik kojarzył mi się niestety nieciekawie – niewiele mięsa na nodze, a jak już to jakieś takie łykowate i ohydne. Chciałem też, zobaczywszy MEGA zająca w kabackim lesie, żeby ten królik był bardziej „na dziko”. Z pomocą przyszła niezawodna strona państwa Adamczewskich. Kto czytuje „Politykę”, ten wie o co chodzi. Stąd, królik na dziko wg tamtego przepisu. Podaję źródło, bo tym razem naprawdę niewiele zmieniłem.

 

Co przygotowujemy?

zapewne królika, my mieliśmy pół kilo polędwiczek

ocet spirytusowy

słoninę

masło

cebulę

czosnek

jałowiec

ziele angielskie

pieprz ziarnisty

 sól

I jedziemy:

Zagotowujemy tak ćwiartkę szklanki octu z wodą. Wody dajemy około szklanki, wiadomo – więcej wody jeśli mamy ocet 10%, a nie 6%.  Wrzucamy tamże kulki ziela, jałowca i pieprzu. Gdy nam się cała rzecz zagotuje, odstawiamy. Królika płukamy, układamy w naczynku, obkładamy krążkami cebuli, po czym zalewamy marynatą. A potem – bach, do lodówki, na dwa dni. Gwarantuję wam, że mimo początkowego skręcania po pewnym czasie królik stanie się stałym elementem wystroju lodówki i dopiero pod koniec drugiego dnia nagle stwierdzicie „o cholera, trzeba by go zrobić!”.

 

Zatem wyjmujemy cały króliczy interes. W kolejnym naczynku układamy kawałki masła, następnie natartego solą i czosnkiem oraz naszpikowanego kawałkami słoniny królika. Całość możemy jeszcze przykryć kilkoma łezkami masła. Wstawiamy interes króliczy do mocno nagrzanego piekarnika i pieczemy. Do skutku pieczemy. Od czasu do czasu otwieramy piekarnik i polewamy bulgocącym masłem. Jak nam królik lekko pocznie kolor zmieniać, dorzucamy mu cebulę z marynaty i dolewamy nieco samej „octówki”. I pieczemy dalej, do skutku, polewając od czasu do czasu królika, co by nam się nie przypalił. Myślę, że w tym konkretnym przypadku pieczenie trwało tak godzinkę i kwadransik. Ale na zegarek nie patrzyłem.

Możemy w międzyczasie ugotować ziemniaki i przygotować tzw. „bukiet warzyw” (nie wiem czemu, od lat bawi mnie to określenie).

Podajemy gorące, wpieprzamy całość a potem dziwimy się że nie możemy się doturlać od stołu do wyrka na sjestę. Pyszne!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...