Smutna historia spaghetti carbonara

 Jest takie powiedzonko. Poznałem je w wersji z tancerkami. Początkująca tancerka boi się tańczyć z innymi i wstydzi się nieco tego co robi. Średnio zaawansowana spogląda z góry na początkujące, a mistrzyni tańczy ze wszystkimi i dobrze się bawi. Do meritum – nigdy nie robiłem carbonary i zawsze mi jakoś wylatywało ze łba, jak się to tałatajstwo przyrządza. Ot, teraz nic prostszego – internet… No cóż. Nie wiem, ale chyba carbonara jest najbardziej kontrowersyjnym daniem na internetach. Co rusz mamy Włocha gadającego po polsku, kogoś kto w Italii mieszka, albo, kuźwa, nie wiem – czyta w umysłach makaroniarzy i wie jaka jest JEDYNA SŁUSZNA wersja carbonary.

 

Wyszedłem z, chyba słusznego, założenia, że carbonara tak jak i pierdylion innych dań, z naszym żurkiem włącznie, przyrządza się inaczej w każdym domu. Mam jednak zasadę, że zanim zacznę bawić się potrawą, muszę ją zrobić w jak najbardziej zbliżony do tradycji sposób. Jak to mawiał pan Miyagi, żeby nauczyć się latać, trzeba umieć chodzić. No, to teraz już do rzeczy.

 

Co potrzebujemy?

Makaron – może być spaghetti, może penne, może jakikolwiek inny jaki wam podpasuje jeśli mutujecie

ser Pecorino, ale ja miałem Parmezan i dupka nikogo nie bolała

ok. 15 dag boczku, najlepiej wędzonego

4 jaja

sól, pieprz

gałka muszkatołowa

masło

 

I jedziemy:

Makaron gotujemy wedle przepisu podanego na opakowaniu, al dente. W międzyczasie zesmażamy boczek – jak jest mało topny to można ciunąć nieco smalcu, ew. oliwy. W drugim międzyczasie bawimy się jajami ;), czyli oddzielamy żółtka od białek. Z białek to sobie możemy nawet papieża zrobić, ale żółtka solimy, pieprzymy, dodajemy szczyptę gałki muszkatołowej i suto tego mojego parmezanu. Mieszamy dokładnie, a potem ucieramy z kawałkiem masła (jak będzie bardzo gęsty ten kogel ;), można ciunąć dosłownie kropelkę oliwy).

Makaron powinien być już ugotowany, zatem wrzucamy weń boczek z tłuszczykiem (jeśli jest go dużo to nie lejemy całego). Następnie, jako że cała rzecz zestawiona z ognia, wlewamy nasz słony kogel i porządnie wszystko rozprowadzamy. Trik zawiera się w tym, żeby nie ściąć żółtek. Dlatego nie robimy tego na ogniu, a liczymy na to, że makaron jest na tyle gorący że żółtka załatwi. Po chwili po całej kuchni powinien rozejść się mega aromatyczny zapach sera.

 

Nakładamy na talerze, posypujemy szczyptą parmezanu, ew. dodajemy nieco natki pietruszki i jazda – bo to jest danie, którego się nie odgrzewa.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • Astarael

    A to ja robię zupełnie inaczej 😀 Po pierwsze: jedno żółtko na osobę, po drugie bez masła, za to ze śmietaną 30 %. A i wody się trochę z gotowania makaronu odlewa, by jak wyszło za gęste to rozrzedzić.

    • Anonim

      Ale też pewnie jak znam życie to jakaś „jedna z baz”, bo danie jest stare jak cholera i narosło wokół niego masę innych przepisów. 😉

  • Anonim

    Wiesz co, no właśnie ja się przedarłem przez pierdylion „jestem prawdziwym Włochem” przepisów, aż wreszcie na obcojęzycznych stronach znalazłem przepis-bazę – żadnej śmietany/nki, czosnku, cebuli czy czegokolwiek – tylko żółtka, pecorino, masło i przyprawy jako sos.

  • Pingback: Żurek od Chimka | Kuchnia Cyniczna()