Leczo, a właściwie Lecsó – z mojego punktu widzenia

Nie wiem jaką zasługę w popularyzacji kuchni węgierskiej miał Tadeusz Olszański, autor fenomenalnej książeczki „Nobel dla papryki”, ale pewne jest jedno – leczo na polskich stołach znane jest od lat.  Powstają różne mutacje tej tradycyjnej madziarskiej potrawy i trudno tu mówić o dyskryminacji tej czy innej mutacji ze względu na użycie nieco innych składników. Pięknem kuchni (co opiszę szerzej przy okazji musaki ;)) jest to, że niezależnie od poglądów politycznych, wojen i wszelkiej niefajności generowanej przez Człowieka idzie własnym torem. Leczo tradycyjnie składa się tylko z papryki, pomidorów, wędzonej słoniny i cebuli. Gdy podajemy je „samodzielnie” warto dołożyć kiełbaskę. Popularne leczo w Polsce, czyli to z cukinią, bądź bakłażanami, bez mięsa to danie, które zakręca w stronę ratatuja (nie, nie filmu, takiego warzywnego gulaszu ;)).  Uparłem się ostatnio, że zrobię coś bardziej w stronę tradycji, dlatego teraz – leczo w mojej wersji, zgodnie ze znanym wszystkim przysłowiem „Lengyel, Magyar – két jó barát, együtt harcol, s issza borát”. 😉

 

Co potrzebujemy?

Papryki! 😀

czerwone

żółte

zielone

białe

(generalnie po dwie sztuki starczy)

kilkanaście dag wędzonego boczku (z racji braku wędzonej słoniny w polskich sklepach)

dwie cebule

kilkanaście dag kiełbasy (Podwawelska sprawiła się całkiem nieźle)

jedna papryczka pepperoni, która akurat została w lodówce 😉

pomidory bądź przecier (w moim przypadku to drugie, „Podravka”)

przyprawy czyli: papryka słodka, papryka ostra, pieprz, sól, kminek

 

I jedziemy:

W zależności od tego jak topny mamy boczek (a nie mamy słoniny ;)) albo ciskamy go po prostu do gara, albo dajemy najpierw kapkę smalcu i potem smażymy. Po jakimś czasie, gdy uznamy że boczek jest już ok, dodajemy pokrojoną w kostkę kiełbasę i zesmażamy dalej. W międzyczasie płaczemy nad naszym losem, krojąc cebulę (pomaga krojenie cebuli bez odcinania korzenia i wyjętą prosto z lodówki, ale ja jestem szczególnie uczulony na płakusianie cebulowe) w piórka. Dorzucamy cebulę do naszej smażeniny i solimy leciutko, żeby szybciej puściła soki. Teraz już przykrywamy i podduszamy. Jeśli coś sprawia wrażenie, że zaraz zacznie się przypalać – podlewamy kapką wody (strasznie lubię określenie „dwie łyżki wody” – kuchnia dla nerdów :P). Dusimy tak, aż cebula będzie relatywnie mocno zeszklona.

 

W międzyczasie zaczynamy kroić w kostkę papryki wszelakie oraz przygotowujemy przecier pomidorowy. Jeśli nie mamy przecieru, albo chcemy zrobić leczo na własnoręcznie zesmażonych pomidorach trzeba zakupić takie, które będą w miarę miękkie. Sparzyć je, pokroić, zesmażyć i włala (ew. zetrzeć na tarce przed smażeniem, jeśli są dość twarde). Ja byłem leniwy i po prostu kupiłem przecier pomidorowy.

 

Gdy nam się cebula z boczkiem i kiełbaską zeszkli zestawiamy na moment gar z ognia, żeby się potrawa uspokoiła. Następnie wsypujemy ok. 2 łyżek papryki słodkiej i 1 łyżkę papryki ostrej. Mieszamy ładnie, żeby rozprowadzić paprykę po całym inwentarzu. Podlewamy kapką („trzy łyżki” :D) wody i dusimy dalej. Po chwili wlewamy przecier. Możemy go nieco rozrzedzić albo wodą albo np. przygotowaną wcześniej szklanką bulionu warzywnego. Tylko nie całą na litość! 😉 Dodajemy „po troszku”. Ogień już musi być dość mały, tak tylko „aby pyrkało”. Dusimy dalej chwilkę w samych pomidorach i wreszcie wrzucamy wszystkie papryki. Mieszamy mocno, podlewamy lekko bulionem/wodą i lekko solimy cały interes (podobnie do cebuli papryka też puszcza to i owo po soli). Po jakichś 5-10 minutach duszenia sypiemy ze dwie mocne szczypty ziaren kminku. Przykrywamy i idziemy opieprzać się na fejsa. Wracamy od czasu do czasu żeby cały interes przemieszać. Papryka nie powinna się rozgotować – idealny stan osiągamy wtedy, kiedy jest już w miarę miękka, ale stawia lekki opór na zębie, no i najważniejsze – nie schodzi z niej skórka, którą potem plujemy po całym mieszkaniu. 😛

 

Gdy już cała sprawa jest gotowa, zestawiamy leczo z ognia i to właściwie tyle. Z racji uwielbienia ja wpierniczam pierwszą porcję zaraz po zrobieniu, ale czasem warto dać naszemu daniu chwilkę, aby magicznie się przegryzło. 🙂 W tej wersji można je jeść zarówno całkowicie samo (ze względu na obecność mięska) pod bułeczkę, lub zagotować ryż i podawać z ryżem.

Jó étvágyat! 🙂

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...