Krótkie barów mlecznych opisanie

 Jak przez mgłę kołacze mi się taka scena z dzieciństwa. Siedzimy z rodzicami w Krakowie, na Dworcu Głównym, a konkretniej to nieopodal, bo w barze mlecznym „Smok”. Jakiś menel najpierw dotyka, a potem zabiera mi kotleta mielonego. Uderzam w płacz. I to małe zdarzenie sprawi, że przez moje życie cyklicznie będą przewijać się bary mleczne.

 

Na początek mała dawka marudzenia. Od kilku lat mieszkam w Warszawie i nie rozumiem fenomenu pewnego bistro, które określiłbym jako „Przekąski Zakąski Srąski Dupąski”. Serio. Kieliszek często ciepłej wódki za 4zł (czyli de facto cena blisko knajpianej) pod śledzia, czy tzw. meduzę. Ewentualnie kiełbaska. I tłumy warszawskie, które między jednym a drugim wejściem zawsze idealnie zapocą lokal. No i ten legendarny Pan Roman. Jeszcze zrozumiem kogoś kto na weekend wpadł do Stolicy, no i niby chce poczuć ten klimat tak jak w przewodnikach turystycznych polecają „małe, ukryte knajpki” przez które przewala się stado hołoty. Ale ludzi, którzy tu mieszkają i pracują – już nie bardzo kumam. Teoria, jaką dzisiaj wspólnie ze znajomą wysnuliśmy jest mniej więcej taka.

Jestem elo Warszawiakiem. Mieszkam na Kabatach, pracuję w korpo, wożę się Imprezą ze złotymi felami, a jak chcę poczuć kontestatorski klimat starej Warszawy, to idę do „Przekąsek” na lornetę i meduzę i czuję się taki fajny.

To była moja część. Znajoma skwitowała to w prosty sposób

I jakbym poszedł do faktycznej mordowni, to bym tylko w mordę zarobił…

I tu chyba mamy clou sprawy, ale skoro już ponarzekałem, przejdźmy do barów mlecznych. To też propozycja dla tych „kontrkulturowych klubowiczów” (analogicznie do np. czarnego śniegu, racjonalnego Muzułmanina czy uczciwego prawnika).  Bar mleczny to nie bistro w stylu np.  fenomenalnej „Grażynki” (Świeckie Państwo nad jej duszą…), gdzie baba z tapirem otwiera z kapsla piwo za piątaka, przy ladzie stoi stolik wypełniony facetami w wieku podeszłym i szyderczym, zaś by postawić krok trzeba kroić powietrze maczetą. Bar mleczny to takie magiczne miejsce, gdzie w papę nie dostaniesz, drogi mój kolego, ale poczujesz prawdziwy klimat przaśności i starych czasów, kiedy to jeszcze kapitalizm nie uniósł łba w pierwszych promieniach słońca.

 

Nie pamiętam już baru „Smok”, ale dla mieszkających w Krakowie studentów zdecydowanie mogę zareklamować dwa fenomenalne miejsca, gdzie zje się tanio, dobrze, a i widelce dają (już nie te czasy, że kradną). Pierwszy bar to „Bar pod Filarami” na rogu Starowiślnej i Dietla. O ile jeszcze istnieje, kupicie tam talerz ruskich za jakieś 2,50, krokiecika pod czerwony za około dwa zeta i kilka innych dobroci w stylu kompotu (ktoś pamięta jeszcze taki starożytny wynalazek?). W drugą stronę zaś, tuż obok Auditorium Maximum jest maleńki bar „Hutnik”, głównie zasilany przez klientelę z AGH. Od razu lojalnie ostrzegam – jeśli chcecie załapać się na (przynajmniej kiedyś) fenomenalne naleśniki z pieczarkami i żółtym serem, krokieta, czy pierogi, lepiej wpaść tam jeszcze koło południa, gdyż w okolicach godziny 14 to sobie co najwyżej krajoznawczy spacerek zrobicie.

 

W Kielcach moich rodzinnych istnieje jeszcze także legendarny już bar „Jaś i Małgosia” na rogu Żeromskiego i Seminaryjskiej. W czasach Jedynie Słusznych stołowaliśmy się tam czasem. Mam mgliste przeczucie że coś było nie tak ze sztućcami… 😉 To też bar, w którym strułem się jako szczyl śmietaną, ale na pewno się standardy zmieniły od tamtych czasów. Dawali jeść w miarę dobrze i zdrowo (poza tym jednym nieszczęsnym razem).

 

A czemu to wszystko tak mnie dzisiaj prześladuje? Ot… Ruszyłem spod moich lwów mokotowskich na Bielany. Ze stacji Słodowiec na piechotkę w kierunku Podleśnej. No i jakoś burczy w brzuchu… Myślę „kuźwa, solennie obiecałem sobie żadnych kebabów i innego łajna”… I jak zbawienie! Na rogu Podczaszyńskiego (co w Podleśną przechodzi) i Marymonckiej – Bar Mleczny „Marymont”! No panie kochany… W środku niewiele ludzi, ale obowiązkowa tablica z literkami jest? Jest. Baby w podomkach są? Są. Naleśniki z serem i śmietaną za piątala? Jasna sprawa. No i jak tu nie kochać życia? 😉

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • Qilia

    No to wiem, gdzie będę wracać, tylko pisz często, bo ja zachłanna jestem. Właśnie połknęłam całość i mogłabym jeszcze chwilkę poczytać, gdyby tylko było co.

  • Dla mnie bary mleczne to pieśń wakacji i to wiecznie żywa. W ubiegłym roku w Zakopanem stołowaliśmy się w barze o jakże wdzięcznej nazwie „Smakosz”. Chyba najczęściej odwiedzany przybytek gastronomiczny w Zakopcu – dobre ceny i dobre jedzenie. A jeśli wróciło się ze szlaku o odpowiednio wczesnej porze można było załapać się na kompot, który wystawiany był na długiej ladzie w kilkudziesięciu niejednorodnych szklankach. Przy zamawianiu dostaje się losową szklankę, którą sięgnie pani, obowiązkowo w podomce, i czasem można trafić na wersję specjalną, w której kompotu jest nie wiele, ale za to owoce po brzegi 😉

    W tym roku stołowaliśmy się w Kudowie w barze „Ania”. Tam nawet podają jedzenie do stołu (w podomkach oczywiście), ale wzorce podawania są dość zabawne – niejednokrotnie klient dostaje drugie danie przed zupą, a o kompot trzeba się nierzadko dopraszać, a i tak dostanie się go po drugim daniu, więc jeśli ktoś ma w zwyczaju popijać przy jedzenie to ma pecha ;). Ale jedzenie niezłe i ceny, jak na taką turystyczną miejscowość, przyzwoite.

    Za to mam wrażenie, że bary mleczne w Łodzi wymierają. W sumie nie kojarzę ich za wielu tutaj, ale pobliski „Kogucik” zamknął się już chyba ze 2 lata temu i został zastąpiony małą restauracyjką. Cóż, widocznie jednak tutaj ludzie bardziej nawykli do jedzenia domowych obiadów w domach.

  • Bliżej mamy takie miejsce… znacznie bliżej niż Bielany. Na Marszałkowskiej, między placem Unii a Zbawiciela. Ostał się jeszcze – jeden z największych kiedyś – bar mleczny „Prasowy” – nazwa stąd, że vis á vis była kiedyś redakcja „Życia Warszawy” bodaj i chyba jeszcze „Kuriera Wieczornego”. Gdzie we wczesnostudenckich czasach dorabiało się nocnymi korektami…

    „Złota Kurka” przy Placu Pro… e… Konstytucji. Na rogu Belwederskiej i tej na D. – zawsze mylę Dolną z Dzielną, wiem że jedna na Powiślu a druga na naszym Mokotowie, też jakiś jest. Barbakan, jak sama nazwa wskazuje, wiadomo gdzie. Tego na Kruczej też chyba jeszcze nie zlikwidowano, tam z kolei biegają biedniejsi cudzoziemcy w trakcie załatwiania spraw związanych ze stałym pobytem.

    W ogóle w stolicy trochę mlecznych barów, takich klasycznych i typowych jeszcze przetrwało. Ale te najlepsze przepadły… Dokładnie naprzeciw Waszej kamienicy mieścił się słynny „Tramwajowy” – jego nie ma już od lat ponad 20, ale i tak nikt z moich znajomych ani ja sama, nie jesteśmy w stanie skopiować smaku chłodnika, który w upały się tam pożerało. I żurku na żołądkach…

    I niesamowite jest to, co przed parunastu laty pisał Antoni Kroh, ale ci ludzie wciąż jeszcze żyją, choć coraz starsi i coraz ich mniej – wrażenie, gdy patrzysz na starowinkę jedzącą w takim miejscu, kompletną bidulkę, która jednak zachowuje się, je, trzyma sztućce z tak niesamowitą klasą, jakiej dziś się już nie spotyka… gdyby bary mleczne zlikwidowano, ostatnie prawdziwe damy, te, które klasę mają we krwi, wyssały ją z mlekiem matek, po babkach, prababkach, prapra… – poumierałyby chyba z głodu…

  • btw – jak Ty to zrobiłeś, że edytor odróżnia myślniki i tam gdzie trzeba wstawia pauzę, a nie dywiz? Ja też tak chcę…

  • Sorke

    Jaś i Małgosia w Kielcach coś ostatnio podupadł – przecznicę dalej rozpanoszyło się Tempo, podbierając klientelę wyczuloną na te nieszczęsne widelce i w Jasiu… sami panowie z czerwonymi noskami zostali, którym nie zależy, byle ciepłe było i kiszki prostowało 🙂 Ślubnego w ramach zapoznawania z Kielcami zaprowadziłam i szybko się ewakuowaliśmy – pan z czerwonym nosem zwrócił do talerza, a łyżka ślubnego oklejona jakimś podejrzanym smarkiem była. Jaś i Małgosia tonie niestety… A zakąski przekąski i w Kielcach otworzyli i elyta pod niebiosa też wynosi…

  • dusta

    W krakowie to najlepiej korzystać ze strony lub aplikacji http://escoproject.pl/index.php?a=show&city=krakow&category=0 wg mnie jest to nieodłączny element studenta 🙂