Chimkowa zupa gulaszowa

Bogracz, który chciałem ostatnio przygotować oczywiście, wedle prawideł magii kuchennej, okazał się czymś nieco innym. Na początku mała dawka kontekstu – bogracz to tak naprawdę wcale nie nazwa węgierskiej zupy gulaszowej, ale kotła w którym pasterze ową zupę, wśród wielu innych potraw, przyrządzali. Zupa gulaszowa rodem z Węgier zwie się po prostu gulyás. Oczywiście nie byłem na świeżym powietrzu, gdzie w tradycyjnym, emaliowanym bogrács ugotowałem ową zupę dla mojej Keiry. Siedziałem ja sobie w nieco za bardzo kameralnej kuchni w mieszkanku i zaklinałem owo danie. Naturalnie wyszło mi coś nieco innego, co niniejszym prezentuję.

Składniki:

około pół kilo mięsa wołowego bez kości, np. łopatki, którą dorwałem w sklepie

dwie, trzy cebule

marchewka

pietruszka

dwie małe papryki żółte, najlepiej węgierskie (bądź jedna duża)

jedna papryka zielona

papryka słodka w proszku (Kamis jedyny i słuszny)

kilka ząbków czosnku

wędzona słonina, albo w ostateczności smalec domowy (słoniny nie było ;/)

pomidory – niby świeże, ale ja korzystam z krojonych pomidorów Podravki, tym razem pojawiła się nowa linia, z chili, co postanowiłem natychmiast wypróbować

I jedziemy:

Na dobry początek dajemy na garnek domowy smalczyk, kilka łyżeczek. Jeśli mamy tę pieprzoną wędzoną słoninę, której zabrakło w sklepie – to można i nią, ale dzisiaj kombinujemy ze smalczykiem. Ważne żeby to był smalec tzw. domowy, czyli z masą wieprzowych maleńkich skwarków (można zrobić samemu, można kupić, jak nie ma się pod ręką), a nie smalec „techniczny”, jak to mawiam, czyli z kostki.

W czasie gdy nam się smalczyk roztapia, w panice kroimy szybko cebulę na drobną kostkę. Nie popełniamy tego błędu co ja i przedtem trzymamy cebulę w lodówce, co pozwoli nam uniknąć nieprzyjemnego płakusiania przy okazji krojenia. Jak już smalec się stopił, wrzucamy nań cebulę i szklimy, aż do lekkiego zezłocenia. Mój garnek do potraw niestety lubi w jednym miejscu przypalać, ale wasze są na pewno lepsze.

W tym czasie opłukujemy dokładnie kawał mięcha, odkrajamy wszelkie obrzydliwe dla naszych kobiet błonki i chrząstki (zbrodnia, w tak zwanym w dawniejszych latach woł.ciel.b/kości jakieś takie niemal kostne paskudztwa!), po czym kroimy na małe kawałki. Resztki naturalnie dajemy kotom, jeśli koty posiadamy. Gdy chcemy koty szczególnie ułaskawić (bo np. wcześniej dostały kapciem za drapanie nowego regału), możemy dorzucić jeden albo dwa kawałki pełnoprawnej wołowinki. Zaręczam, koty dostaną kociego orgazmu. Wielokrotnego.

W tym czasie cebulka na bank się nam zezłoci, albo ładnie zeszkli (w zależności od naszych preferencji – czy pod przykryciem czy nie), odstawiamy na moment gar i wsypujemy doń ze dwie łyżeczki słodkiej papryki, mieszamy i wstawiając jedną ręką z powrotem na ogień (albo płytę, jak u mnie), dorzucamy mięcho. Żeby nam się papryka nie przypaliła (bleee…), dolewamy kapkę wrzącej wody. Dusimy tak całość kilka minut – kiedy mięso lekko zmieni kolor z soczysto czerwonego na około szaro-brązowy, znaczy że z wierzchu się poddusiło.

Wtedy, jak popieprzeni, dodajemy pokrojoną panicznie i szybko (tempus fugit moi drodzy) pietruszkę, marchewkę, papryki (wszystko w dość drobną kostkę – gwarantuję że marchew będzie spieprzać ze stołu w podskokach, dosłownie), zalewamy znowu gorącą wodą, tylko w ilości około szklanki. Do tego dajemy zaraz posiekane naprędce ząbki czosnku. Można wycisnąć, ale ja wyciskarki akurat nie mam, a chodzi o to, żeby szybko puszczał soki, zatem siekanie też da radę. Następnie wwalamy jedno opakowanie pomidorów z chili Podravki (to też nie reklama, po prostu są zajebiście wygodne) i tym samym mamy z głowy sypanie papryki ostrej. Tacy z nas spryciarze.

Wszystko ładnie mieszamy, przykrywamy, po czym dusimy na wolnym ogniu około 30-35 minut. Zaklinamy naturalnie potrawę, żeby nam się udała. Wybór zaklęcia zostawiam wam, najprostsze jest zatoczenie trzech „wpychających” w potrawę dobrą energię ruchów, zrobienie małego „ommmm” i ewentualnie lekki uśmiech.

Potem siadamy przy kompie i zajmujemy się czymkolwiek, na przykład czytaniem tego bloga. Od czasu do czasu można zajrzeć i sprawdzić czy nie trzeba dolać kapki wody. Po tym czasie (u mnie było to akuratnie pięć po północy) zestawiamy cały interes z ognia/płyty. TEORETYCZNIE powinniśmy walnąć kluski „z łyżki”, czyli lane, albo ziemniaczki, ale przepraszam ja was… Wyszedł mi gar niemal pod krawędź więc pieprzę jakieś tam ziemniaki.

Ostatnim krokiem jest test. Próbujemy sami, tu cytat:
„K***a, warzywa rozmiękły, mięso takie se, woda zupna pikantna jak ch*j!”
Potem przelewamy zupę nalewką do miseczki, zagarniając oczywiście jak najlepsze kawałki wszystkiego (to dla naszych kobiet w końcu!), robimy fotkę…

I dajemy do przetestowania naszej lubej. Tu znowu cytat:

„Kurcze te warzywka takie świetne, chrupiące, woda w sam raz, nawet nie tak pikantna, tylko mięsko takie jakieś takie”

I weź tu baby zrozum…

ps
Jeśli uznacie, że macie strasznie wodnistą ową zupkę, polecam mój sposób na zagęstnik – albo wkruszamy nieco chleba, albo bułki tartej. Byle nie za dużo, bo się wam klajster straszny zrobi!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...